Kategorie

  • Brak kategorii

Homines soli animalium non sitientes, bibimus

Uff! Po wielu miesiącach walki z materią i okolicznościami (uosabianymi głównie przez dwóch uroczych chłopców) jedno z nas złożyło swoją pracę dyplomową w dziekanacie. Wprawdzie kilka dni po terminie i kilka godzin przez Ostatecznie Ostatecznym Terminem, ale historię piszą zwycięzcy. Świętowanie już zaczęliśmy, choć więcej pewnie będzie widać w następnej notce.

Na nieblogu wszyscy polecali, więc się skusiliśmy. Chateau Dereszla Tokaji furmint 2009 to rzeczywiście hit. Bardzo smaczne, w tonacji mirabelkowo-miodowej, nie-aż-tak-wytrawne, dość potężne, ale czyste, precyzyjne, doskonale zrównoważone. Bardzo dobre-. Nieprzepłacone nawet przy 30 zł, a ponoć można (było?) kupić i za 22.

Zachwyceni wytrawnymi furminatmi Istvána Balassy chcieliśmy spróbować czegoś słodkiego. Przy tak zawieszonej poprzeczce Tokaji sárga muskotály 2009 za 48 zł nieco rozczarowuje, choć to oczywiście dobre wino. Delikatny, muszkatowy aromat, stonowana słodycz, przyjemna goryczka, niezła jak na tę odmianę kwasowość, ale poza tym nuda, poprawność, by nie powiedzieć nijakość. Nie bardzo mamy porównanie z innymi tokajskimi muszkatami, może więcej nie da się z tego szczepu wycisnąć?

Mądrzejsi od nas mawiają, że początkujący nadmiernie skupiają się na aromatach. Powoli do nas dociera, że wino służy przede wszystkim do picia, nie zaś do wąchania. Château de Berzé mâcon 2009 skwapliwie temu przytakuje, pachnąc głownie mułem z dna jeziora. Pić się jednak zdecydowanie pozwala, oferując świeży owoc, kwasowość, energię i świetnie sprawdzając się do posiłku. No i 12,5% alkoholu, obchodzi się więc bez bólu głowy. Za poleceniem WB, kosztowało 28 zł, ale będziemy chyba trochę surowsi: prawie dobre+.

Mosaic

Nie podejrzewamy, by wśród wszystkich dziesięciorga naszych czytelników był ktoś, kto jeszcze by nie znał Starwines, ale i tak napiszemy kilka ciepłych słów.
Serwis przeszedł imponującą drogę od osobistego notatnika opróżnionych butelek do największej w polskim Internecie bazy wiedzy i niewiedzy o winie (oraz wodzie i musztardzie). Zapełnił lukę po obumarłym forum Wino gazety.pl, gromadząc wokół siebie całkiem pokaźne grono zapaleńców, którzy w czynie społecznym gotowi są wypite wina opisywać i komentować. Mimo szaty graficznej i łatwości nawigacji prosto z roku 1993, przyciąga rzesze czytelników. Prawdziwy Web 2.5.
Nie robimy tej reklamy bezinteresownie. Po raz pierwszy udało się nam dotrzeć na urodziny Starwines, corocznie obchodzone przez „społeczność” serwisu. Nie wymienimy wszystkich wypitych win – nie chciało się nam robić skrupulatnych notatek – ale kilka butelek zapadło nam w pamięć. Pyszny, miodowo-kredowy Tokaji Furmint 2006 od Szepsy’ego. Kontrowersyjny demi-sec champagne Jackowiaka. Rewelacyjny, kompletny Zöbinger Heiligenstein „Lyra” riesling kamptal 2002 Bründlmayera. „Dead Arm” shiraz mclaren 2005 d’Arenberga, soczysty, żwawy, pikantny; Nowy Świat w najlepszej formie. Elegancki i rasowy Norheimer Kirchheck riesling spätlese nahe 2008 Dönnhoffa. Aż szkoda, że nie mogliśmy zostać dłużej, ale jednoczesne picie degustowanie wina i usypianie niemowlęcia (tak, jesteśmy rodziną patologiczną) to trochę zbyt duże wyzwanie nawet dla nas.

Z okazji urodzin Sstarwines wyciągnęliśmy z szuflady Château d’Aydie madiran 2005, zakładając że sami takiej ilości garbników nie przepijemy. Może jednak dalibyśmy radę? Faktycznie, w ustach szorstko (aż po wrażenie ziarnistości faktury), ale nie nieprzyjemnie. Zapewne dzięki bogactwu owocu, soczystości, bogatym, owocowo-tytoniowym aromatom. Bardzo dobre-, ciekawe i smaczne wino, a sława producenta chyba zasłużona.

Rieslingi (nawet kabinety) znad Mozeli znane są z długowieczności, choć w tym przypadku dobrze, że dłużej nie czekaliśmy. Choćby dlatego, że korek był już na granicy rozszczelnienia, a może nawet troszeczkę popuścił. Wehlener riesling kabinett mosel-saar-ruwer 2003 Joh. Jos. Prüma pachnie specyficznie – apteką. Jest trochę nafty, trochę wody utlenionej, ale najbardziej przypomina rozpuszczoną aspirynę. Ten aspirynowy posmak jest również w ustach, ale oprócz niego to wszystko, za co mozelskie wina lubimy – wyrazista, cytrusowa kwasowość, świetna równowaga, finezja i lekkość. Nie jest to butelka wielka, ale bardzo smaczna. Dobra+.

Île de Beauté

Z winami z Korsyki mieliśmy już kontakt – choć wyłącznie dzięki winerschowi i jego fascynacji tą piękną wyspą. Były to jednak pojedyncze butelki, niejako bez kontekstu, teraz zaś przyszło nam spróbować tuzina tamtejszych win. Zaczęliśmy od dwóch białych: potężnego, tłustego, pikantnego Domaine de Torraccia corse porto-vecchio 2009 i stołowego „BG” Antoine Areny. BG to skrót nazwy odmiany bianco gentile, niedopuszczonej jeszcze do win AOC. Samo wino szalenie nam się podobało, lubimy połączenie owocowej słodyczy i mocnej, kwasowej struktury. Różowe z kolei było bardzo odrębne, indywidualne. Clos Signadore patrimonio 2008 – kwasowe, mineralne, praktycznie bez owocu, pełne dziwnych aromatów (skóra? mokra kreda?). Bardzo specyficzne były również wina czerwone: niemal bez wyjątków chłopskie, surowe, ktoś podpowiedział: „przaśne”. Trzeba je takimi polubić, no i bardzo trudno – przynajmniej nam – je oceniać.
Próbowaliśmy je począwszy od najtańszego (jak wiadomo, nie zawsze to bezpieczne). Domaine Mosconi Ariale corse sartène 2007, chude, szorstkie, kwaśne, ale fajnie pachnie (babcinym dżemem truskawkowym) i miło się pije. Domaine Petra Bianca Tradition corse figari 2006, ciemniejsze, jagodowe, zaczyna się miło i owocowo, lecz kończy nieprzyjemnie gorzko. Stephanie Olmeta patrimonio 2007 bardzo kwasowe, ale z dobrym owocem i znacznie przystępniejszymi garbnikami. Charakterne, ale i bardzo smaczne. Równie dobre Domaine Pieretti Selection Vieilles Vignes corse coteaux du cap-corse 2006, mocno zbudowane, pikantne, z ładnie dojrzałym owocem – choć garbniki wciąż dają ustom popalić. Domaine Comte Abbatuccia ajaccio 2007 to nasze wino wieczoru: eleganckie (tylko przy nim zapisaliśmy to słowo), głębokie, gładkie, ale charakterem nieodcinające się od swych lokalnych korzeni. Clos Culombu Ribbe Rosse corse calvi 2006 raczej na nie, ciężkie, tępe, muliste. Antoine Arena Morta Maio patrimonio 2007 dziwnym, nieczystym nosem zdradza biodynamiczne pochodzenie. Jest owoc, jest kwas, ale niewiele poza tym. Cienkie takie, można pić, ale bez szału. No i Clos Signadore Eresia patrimonio, w którym dziwnie kontrastują słodki owoc i czekoladowe nuty z ogólną kościstością tego wina. Ale to dość urocze przeciwieństwo. A na deser słodkie Orenga de Gaffory Impassitu muscat du cap-corse 2009, wyraźnie muszkatowe, kwiatowe, lekkie, kwasowe. Smaczne. Epilog dopisało Domaine de Torraccia Oriu corse porto-vecchio 1988. Przy poprzednich butelkach zdarzało się nam narzekać, że za młode i zastanawiać, jak się zestarzeją. Cóż, dwudziestu trzech lat czekać nie warto. Smakowało lepiej niż wyglądało (a wyglądało jak muł z dna Wisły), ostało się trochę owocu i jakiś kwas, ale wytrącone, tworzące gruboziarnistą zawiesinę garbniki psuły wrażenie. Zawsze to jednak pouczające doświadczenie.

Angielski język degustacyjny posiada przydatny termin zesty: żywy, wyrazisty, pikantny. Blisko stąd do zest, czyli skórki owocu cytrusowego, z jej aromatami i charakterystyczną goryczką. To właśnie słowa-klucze do opisania Dürkheimer Michelsberg riesling kabinett trocken pfalz 2009 Helmuta Dartinga. Nie jest to stereotypowy niemiecki riesling. Kwas tnie jak brzytwa, alkoholu sporo, wytrawność zupełna, ale pije się to świetnie dzięki dojrzałości owocu i, hm, winiarskiej elegancji – czystości smaków, rasowości aromatów. Kawał wina, bardzo dobre-.

Nasze pierwsze wino z Sabaudii. Dopiero teraz, wstyd przyznać. Butelka z nie za wysokiej półki, za 26 zł: vin de savoie apremont 2009 Philippe’a Raviera. Cóż z tego, jeśli zupełnie dobra? Zapach delikatny, kwiatowy, za to w ustach wina sporo. Pełne, bardziej goryczkowe niż kwasowe, rześkie, „chłodne”. Nie wiadomo, z czego zrobione, choć krótkie śledztwo wskazuje na jacquère. Dobry początek.

Wyznawaliśmy już wstydliwy sekret: że lubimy czasem napić się chilijczyka. Ten moment wypadł właśnie teraz. Na kontretykiecie Tres Palacios carménère reserve maipo 2008 napisano, że to ein Muster-Carménère. Faktycznie, bardzo chilijskie i bardzo carmenerowe. W zapachu lekko przypalona grzanka z dżemem truskawkowym i żelkami lukrecjowymi (pachnie lepiej niż brzmi). W ustach jaśniejsza strona Nowego Świata: łagodne garbniki, owoc słodki, ale zupełnie soczysty. Porządnie zrobione, dobre-, przyjemnie się pijące wino. Emocji nie budzi, ale i nie dla emocji je pijemy. 46 zł – ujdzie.

Copains d’Abord!

Dobrze mieć kolegów. Można się od nich czegoś nauczyć, a i czasem dobrym winem poczęstują. By im to ułatwić, zaproponowaliśmy spotkanie na temat „wino, które zawsze chciałem przynieść, ale nie było okazji”. Rzeczywiście, przynieśli.
Na przykład Le Grand Blanc vdt 2006 Henriego Milana, dziwne, z początku nieprzyjemne, „pachnące” spalenizną i starą apteką (jak ktoś nie zna tego zapachu to zapraszamy do Karpacza „Pod Złotą Wagę”, autentyczna przedwojenna apteka przesiąknięta zapachem karkonoskich ziół, farmaceutycznych chemikaliów i starych mebli), ale w ustach bardzo ciekawe, sprężyste, lekko słone. W notatkach zamiast oceny trzy znaki zapytania. Château La Tour Carnet haut-médoc 2007, w którym ślady bordoskiej elegancji i subtelności zabito dokumentnie dębowym dechami. Pewnie za kilka lat będzie lepiej, ale ci, którzy się znają twierdzą, że niewiele lepiej. Dla odmiany: Château Sociando-Mallet haut-médoc 1995 to zupełnie inna bajka, ze wskazaniem na bajkę. Klasyka gatunku; soczysty owoc, dojrzałe taniny, jednocześnie młodzieńcza werwa i staroświecka elegancja. Rewelacja. Gevrey-chambertin 2006 Domaine Trapet zupełnie nas zaskoczyło, nie spodziewaliśmy się po pinocie tak potężnej materii (ale co my wiemy o burgundach…). Dużo garbników, dużo kwasu, dużo owocu. Ale dobre. Mira Salinas alicante 2003 kontrowersyjne; słodki, rozgotowany owoc, ostre garbniki, gęste. Wino do żucia, nie nasze klimaty. Esegesi trentino 2001 Eugenio Rosiego, kwasowe, rześkie, ale z suchą, gorzką końcówką. Zderzenie z legendą – Grange south australia 1995, sławne wino Penfoldsa. Nie tylko nam na twarzy wykwitł rozanielony, głupkowaty uśmiech. Dobre było, cóż począć. Luksus w każdym calu: elegancki, złożony, wyrazisty bukiet, słodki, masywny owoc, kwasowość utrafiona w punkt. Przyjemność bardziej zmysłowa niż intelektualna, ale za to jaka! No i na koniec jeszcze więcej hedonistycznych doznań – Hétfürtös tokaji hárslevelű aszú 6 puttonyos 1999 Jánosa Árvaya. Piękny: mało botrytis i ewolucji, dużo owocu, świeżości, energii, mimo niesamowitej, syropowej gęstości. Klejnocik.

My postawiliśmy na eksperyment. Dwie butelki, niemal identyczne – tokaji furmint 2008 od Istvána Balassy, malutkiego, garażowego producenta gospodarującego na dwóch hektarach i wypuszczającego jakieś dwa tysiące butelek rocznie. Wina różniło jedynie – i aż – dziesięć kilometrów dzielących Tarcal i Mád, oraz dwie znajdujące się tam winnice.
Wino z Mézes Mály (less, wystawa głównie wschodnia) pachnie jak to wytrawny furmint – jabłka papierówki, gorzkie zioła, miód. W ustach dość potężne, czuć beczkową tłustość, jabłkową kwasowość i wysoki, nieco wystający alkohol. Choć owocu nie brakuje, tej solidnej konstrukcji z kwasu, alkoholu i garbników brakuje wciąż wypełnienia. Wino bardziej ciekawe niż smaczne, ale i tak warto – dobre+. Produkcja garażowa, 390 butelek; do Polski przyjechała tylko jedna skrzynka, 68 zł za flaszkę.

Degustując wino z Nyulászó (glina i tufy, wystawa głównie południowa) nie sposób nie odnieść się do poprzedniej butelki; zobaczmy, co wnosi lepsze i bardziej prestiżowe siedlisko. Bukiet bardzo podobny, lecz słodszy, bardziej uwodzicielski, dochodzi jeszcze mineralny niuans. Usta łagodniejsze, bardziej ułożone, pozornie mniej kwasowe, wyraźnie mineralne (niektórzy degustatorzy w ciemno wskazali na wulkaniczne podłoże). Jeszcze ciekawsze, bardziej złożone i o wiele przyjemniejsze w piciu – i jeszcze go mniej, bo 370 butelek. Bardzo dobre+, za 78 zł.

Wybieraliśmy się do tego marketu jak sójka za morze. W końcu blotka Wojtka Bońkowskiego była ostatecznym impulsem (no i po drodze było do Bzika). Z jego rekomendacji wybraliśmy Domaine de la Vallée des Grives côtes du rhône villages valréas 2009 – strzał celny. Po zapisaniu wrażeń okazało się, że wyszło dokładnie to samo, więc żeby nie było że ściągamy, to po prostu zacytujemy: „wszystko, czego można oczekiwać po tanim Rodanie: mocny, dojrzały owoc, świeżość, dynamizm, pocałunek garbników.” Dodalibyśmy jeszcze tak przez nas lubianą pikantność. Dobre wino za niespełna 24 zł.

Ferie pod gruszą

Właśnie wróciliśmy z biwaku. Specyficznego, bo we własnym mieszkaniu, ale jednak.
Wszystko zaczęło się od śrubki mocującej pokrętło przy kuchence gazowej. Poluzowała się i w końcu wypadła. Pokrętło się poluzowało, przestaliśmy go używać – w końcu trzy palniki pozostały sprawne. Podejście sprawdzało się, dopóki z kuchni korzystaliśmy tylko my. Pewnego razu my nie ostrzegliśmy, to że z zaworem coś nie tak nie zostało zauważone. Zawór zablokował się w pozycji otwartej, więc trzeba było odłączyć całą kuchnię. Wezwany fachowiec stwierdził, że typ kuchenki stary, nieprodukowany, część trzeba sprowadzić zza oceanu. Sprowadzali, a my w tym czasie korzystaliśmy z kuchenki turystycznej. Gotować na tym dawało się średnio, mieliśmy więc warunki niemal polowe. Gdy część dojechała, okazało się, że kuchenki nie da się rozmontować – coś się zapiekło, żadną siłą nie dało się odkręcić, a więc zawór pozostał niewymieniony. O tym, że stara kuchenka miała nietypowe gabaryty (amerykańskie?), więc nowa nie do końca wpasowała nam się w zabudowę, już nie wspominamy. Prawie nie widać.
By obozowe klimaty były jeszcze bardziej wiarygodne, zaczął nam nawalać podgrzewacz wody. Czasem dawał się uruchomić, a czasem nie, więc ciepła woda była dobrem rzadkim. Tu na szczęście udało się poprzestać na naprawie, choć podobno zabrakło tygodnia, by trzeba było wymieniać i piecyk.
Prądu nam jeszcze nie odłączyli.
Jak co roku, a tym razem przez powyższe przeprawy tym bardziej, ogłosiliśmy styczeń Miesiącem Win Ekonomicznych i poszukujemy życia poniżej trzech dych (nie zaglądając do Biedronki).

O winie za 14 zł – a tyle kosztowało észak-dunántúli sauvignon blanc 2009 ze znanej wytwórni Hilltop – nie da się za wiele napisać. Po prostu: zupełnie przyzwoite, świeże, nieco zielone, ale z niezłym owocem i szczyptą słodyczy białe wino (bo rozpoznanie odmiany nie byłoby zbyt łatwe) w europejskim stylu. Ważne – smakowało również osobom za winem nieszalejącym. Prawie dobre, a więc zupełnie bezpieczny zakup.

Podobno typowy PN – fakt, niczego innego nie przypomina. No i nasze pierwsze wino z tej wyspy: Tasmania pinot noir australia 2008 z Tamar Ridge Estates. Jasne, przejrzyste. Pachnie czysto, owocowo, czerwoną porzeczką, wiśniami i ziołami – może tymiankiem. Soczyste, żywe, ze słodkim owocem. Garbniki nienarzucające się, o „pylastej” fakturze. Słodki, ziołowy finisz. Zupełnie dobre wino, a przy cenie poniżej 24 zł – niezła okazja.

No i najbardziej budżetowa butelka, bo zupełnie darmowa – korpoprezent. Jak trzy lata temuKoonunga Hill shiraz cabernet south australia 2008 Penfoldsa, oczywiście o trzy lata młodsze. Co w środku, wiadomo: pikantny, korzenny, nieco dymny nos, w ustach konfiturowa bomba i raczej łagodne, „słodkie” taniny. Trochę to wszystko ciężkie, owocowi brakuje świeżości, sprawia też wrażenie mocniejszego niż deklarowane 13,5%. Większości konsumentów pewnie się spodoba, my z tych dwóch australijczyków wybierzemy pinota (jak widać po notce sprzed trzech lat gusta nam się zmieniły). Tu więc oczko niżej, dobre-.

Ogród Francji

Wina znad Loary od pierwszego spróbowania przypadły nam do gustu. Zarówno przez ich styl, kwasowo-mineralny charakter białych i garbnikową strukturę czerwonych, jak i nadreprezentację winiarzy-świrów: ekologów, anarchistów, nonkonformistów. Wciąż znamy je wyrywkowo, a taka degustacja jak styczniowe spotkanie loży podnosi nam ich znajomość o zauważalny procent. Tym bardziej musimy więc docenić ten nietuzinkowy wieczór.
Na początek sauvignony: sancerre 2007 Alphonse’a Mellota, zredukowane, utlenione, trudne do zaakceptowania i La Vigne Blanche sancerre 2008 Henriego Bourgeois, bardzo, aż do znudzenia, smaczne, zrobione zupełnie na modłę nowozelandzką. Potem melon de bourgogne, czyli muscadety. Domaine les Hautes Noëlles muscadet-côtes-de-grandlieu 2009: ciekawe zestawienie ostrej kwasowości i nieco landrynkowej słodyczy; smaczne. Przy Domaine de la Louvetrie „Haute Tradition” muscadet-sèvre-et-maine 2005 czuwała nad nami (po raz drugi w ten sposób w historii Loży) Opatrzność – jedna butelka była zepsuta, korkowa, lecz ktoś inny, zupełnie niezależnie wziął to samo wino. Spróbowaliśmy więc: mineralność, bogactwo owocu, wyjątkowa, aksamitna faktura, wrażenie przestrzeni, głębi. Piękne wino, pan Landron nie po raz pierwszy nas zachwyca. Czas na chenin blanc. Château des Vaults „La Jalousie” savennières 2005, nieco rieslingowe (nafta, brzoskwinia), pełne, gęste, lekko słodkie, ale z nerwem. Utlenione, kredowe, przypominające wytrawną sherry Domaine Les Sablonettes „Murmures” 2005 to zupełnie inna bajka – nie nasza, choć bardzo lubimy tę posiadłość. No i bąbelki, czyli Château Moncontour brut vouvray 2007, nienajgorsze, dymno-krzemienne, ale i nieporywające.
O dziwo, czerwonych win było mniej – większość założyła, że „pewnie wszyscy i tak przyniosą czerwone”. Domaine de Belle Vue „Champ de Cailloux” vdp loire atlantique 2009 to mieszanka bordoska (trudno było zgadnąć, choć rzeczywiście aromaty w kluczu krzemienno-porzeczkowym); wino proste, łagodne, bezpretensjonalne. Domaine de la Fuye „Vieilles Vignes” saumur 2005 nas nie przekonało; skrajna dojrzałość nie znalazła wsparcia w kwasie i strukturze, „nudne”, zanotowaliśmy. Offowe, proste, żywe Domaine Les Sablonettes „Les Copains d’Abord” 2009 – właśnie do picia z kumplami (i kumpelami, choć one mają oddzielne wino „Les Copines Aussi”). „Cuvée Estelle” saint-nicolas-de-bourgueil 2008 Lydie i Maxa Cognard-Taluau bardzo się nam spodobało, choć nie wszyscy się zgodzili. Lekkie, kwasowe, garbnikowe, o kwiatowych aromatach; podobno wzorcowa loara, do odlania w stopie platynowo-irydowym. Jesteśmy za. Sauvion „La Pierre Percée” bourgueil 2007, czekoladowo-kawowe, słodkawe, raczej nuda. No i zupełna ciekawostka (i kolejna „kamienista” nazwa), „Les Pierres Noires” 2009 Jeana Maupertuisa, pełne owocu, świeżości, równowagi. Piękne wcielenie „déloyaul plant nommé gaamez”.
No i coś słodkiego: Château Pierre-Bise „les Rouannières” coteaux-du-layon beaulieu 2005, bardzo eleganckie, szlachetne, dobrze wyważone, pachnące mandarynkami, brzoskwiniami, miodem i botrytis. W sumie dobrze, że loarskie wina są nieco niedocenione – więcej i taniej dla nas (przynajmniej póki nie zwiną interesu).

Nasze wino znad Loary, „Mathilde de Favray” pouilly-fumé 2008 z Château Favray, stanęło oczywiście w szeregu sauvignonów i okazało się naprawdę bardzo dobre. Aromaty porzeczki, kredy i – serio – dymu z ogniska. W ustach sąsiaduje kamienna mineralność i bogactwo dojrzałego owocu. Wino gęste, pełne, kremowe, ale i jednocześnie bardzo żywe, soczyste. 57 zł, brać.

Terre di Rò fiano di avellino 2006 to dość tajemnicze wino. Producenta nie namierzyliśmy, wygląda to jakąś hurtową markę na rynek niemiecki. Jedyny trop prowadzi do jakiejś na wpół opuszczonej rudery w Altavilla Irpina. No nic, próbujemy. Charakterystyczny, bardzo słodki zapach: lukrowany pączek z różą, przejrzałe mirabelki, kwiat czarnego bzu. W ustach jednak słodyczy próżno szukać. Bardzo wytrawne, lekko gorzkie, z dymną, wędzoną końcówką. Trochę brak owocu. Nietypowa, jak na białe wino, szorstka faktura. Dobre do pizzy – w końcu Corrado Soprano przyjechał do Jersey właśnie z Avellino. Mamy mieszane uczucia, więc po uśrednieniu dajemy prawie dobre+. 52 zł, raczej nie.

Erdener Treppchen riesling kabinett mosel 2009 Dr. Loosena to już czwarty rocznik tego wina, który tu opisujemy. Poprzednio bywało różnie, ten jednak jest chyba z nich wszystkich najlepszy, a więc bardzo dobry – co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę renomę tego roku w Niemczech i nie tylko. Wino w „klasycznym” mozelskim stylu, bardzo lekkie, niemal bezalkoholowe (7,5%), z dobrym, owocowym wypełnieniem, nie ma tu nic z wodnistości, która czasem temu winu dolegała. Sporo cukru, ale równowadze nic nie da się zarzucić, wino jest czyste, krystaliczne, bez żadnych, zdarzających się czasem młodym rieslingom nut redukcyjnych czy roślinnych. Trudno tu doszukać się „mineralności”, wino jest po prostu przepięknie owocowe, w żadnym razie nie poczytujemy tego za brak. 57 zł – poczekać na promocję i brać na zapas.

Coś się zaczyna

Tak oto rozpoczynamy nowy rok. Podsumowań starego nie robimy, bo winomańsko był to raczej okres wyrzeczeń niż obfitości. Na pewno wrócimy do niego za rok-dwa, gdy przyjdzie kupić kilka butelek z tego rocznika do odłożenia na dłużej. Dla win z 2006 nie było łatwo manewrować między ceną, dostępnością i spodziewaną długowiecznością, 2010 zapowiada się jeszcze trudniej. Tymczasem niebo się nad nami nieco przejaśniło, więc spokojnie możemy zdać około- i sylwestrowy raport.

Porządne polskie czerwone wino trudniej, co oczywiste, znaleźć niż białe. Tym większa satysfakcja, gdy się udaje. Niewątpliwie na plus można zaliczyć pinot noir dolny śląsk 2008 z Winnic Jaworek. Truskawkowo-poziomkowe, z nutami śmietankowymi i wędzonymi, zaokrąglone, choć z dobrze odmierzoną kwasowością, z delikatnym (bardziej beczkowym niż owocowym) posmakiem słodyczy. Proste, raczej „sztuczne” niż „naturalne” wino, o wyraźnie środkowoeuropejskim charakterze, zupełnie jednak przyjemne. Dobre-, na cenę (59 zł) nie chce nam się już nawet narzekać.

Château Magence graves 2005 bardzo różni się od swojego o trzy lata starszego brata. Już w bukiecie czuć cieplejszy rocznik: dżem jagodowy, powidła śliwkowe. Wino jest mniej kwasowe, o dojrzalszym owocu, bardziej ekstraktywne; garbniki „słodkie”, zaokrąglone. Odrobinę droższe – 45 zł. Chyba wolimy ściółkowe aromaty z Graves i bordoską kościstość, preferujemy więc tamten „klasyczny” rocznik, a tu dajemy pół oczka mniej – dobre-.

Campaniae vinum necesse est. Na poprawę nastroju wybraliśmy coś słodszego: demi-sec champagne Oudinot. W sumie plan nie do końca się powiódł – spośród wszystkich znanych nam (wprawdzie niezbyt wielu) demi-seców ten wydał się najbardziej wytrawny. Dosage poszło raczej w ciało, niż w słodycz, a cytrusowa kwasowość wyraźnie się odznaczała. Aromaty dość oczywiste: drożdżówka z serem, brzoskwiniami i kruszonką. Nic wielkiego, ale przy cenie rzędu 115 zł zupełnie dobre+.

Cicha noc

W tym roku niewiele będziemy mogli napisać o celebracji bożonarodzeniowej wigilii, o trafnych i mniej udanych połączeniach wina i jedzenia. Przed świętami kolejni członkowie rodziny lądowali w szpitalu i długo nie było wiadomo, czy będą mogli zasiąść przy wspólnym stole. Byli prawie wszyscy – właśnie, prawie, więc kwestie kulinarne i winomaniackie zeszły nam na dalszy plan. Spróbujemy nadrobić w noc sylwestrową – będziemy mogli się porządzić.

Niezmiennie cieszy nas, gdy w słodkim winie można odnaleźć charakter odmiany, z której zostało zrobione. Kiedy więc prócz oczywistych suszonych moreli czy miodu czuć zapachy świeżej trawy i polnych kwiatów, a w ustach czuć pikantny posmak, powinien to być grüner veltliner. Rzeczywiście, był: Šardice Dubový-Červenice veltlínské zelené slámové víno slovácko 2005 z winiarni Neoklas to zupełnie udany (dobry+) zakup w podpraskim hipermarkecie za 289 Kč (za butelkę 0,2 l). Usta całkiem lekkie, z dobrze podanym owocem, 158 g/l cukru zupełnie wtopione, żywy finisz z cytusową kwasowością. To proste wino bez przesadnych ambicji, ale bardzo smaczne. Główny minus to mikroskopijna buteleczka, którą strasznie trudno się podzielić.

Cuvée Fantômme mikulov 2006 to jedno z ambitniejszych win wytwórni Nové Vinařství, nietypowy dla Moraw kupaż caberneta, pinot noir i merlo ta zrobionych na biało. Nos niezbyt intensywny, kwiatowo-owocowy (poziomki?), niestety z nutą lotnej kwasowości. W ustach dużo i cukru (30g/l), i ekstraktu (prawie drugie tyle), pierwszego dnia wydawało się mdłe i kompotowe, drugiego jednak się ułożyło, octowy niuans niemal zniknął, a ujawniła się ładna, wsparta kwasowością struktura. To aromatyczne wycofanie i mocna budowa nasunęły nam skojarzenia z alzackim pinot gris. By to wino właściwie ocenić przydałaby się lepiej utrzymana butelka lub młodszy rocznik, na razie niech będzie to dobra- ciekawostka za 46 zł.

Po kaskaderskim roczniku 2008 riesling dolny śląsk 2009 Jaworka pokazał się ze znacznie lepszej strony. Po zapachu nawet teść i teściowa rozpoznali (zupełnie w ciemno) odmianę; są to jednak aromaty rieslinga wybitnie środkowoeuropejskiego – jabłko, pigwa, kwiat lipy. W ustach nieco materii, choć owocu niewiele. Dominuje kwas, ponoć niemały cukier resztkowy niewyczuwalny. Całość jednak dalece zgrabniejsza niż u rok starszego rodzeństwa. Niepokoi zielony, pestkowy finisz – jeśli w dobrym 2009 roku riesling nie osiąga pełnej dojrzałości, to czy jesteśmy skazani na sibery i seyvale? W każdym razie wino pije się z przyjemnością, a więc dobre-; 48 zł tym razem łatwiejsze do przełknięcia.

Kiedy mgła opada

Nebbiolo. Odmiana wymieniana jednym tchem wśród tych największych, dających najciekawsze i najwybitniejsze wina. Odmiana, do której czujemy intuicyjną sympatię, choć jak wiadomo, italofilami nie jesteśmy (Czcigodny Loży twierdzi, że wina z Piemontu są tak właściwie francuskie, może to nas tłumaczy). Do tej pory wina te próbowaliśmy głównie na degustacjach, a więc młode, zwykle nieprzystępne, schowane za podwójną gardą garbników. W końcu mogliśmy przyjrzeć się im na spokojnie.
Na rozgrzewkę białe nebbiolo z Niemiec, czyli riesling trocken mosel 2009 z St. Urbans-Hof, proste, kwasowe, „kulinarne” wino dla miłośników kwasowości. Potem już do rzeczy, czyli Proprietà Sperino lessona 2005 Luki de Marchi (od Isole e Olena), alkoholowe, kościste, trzeba czekać, choć aromaty już ciekawe. Dwie gattinary od Giancarlo Travagliniego: podstawowa 2005 i Tre Vigne 2001. Pierwsza garbnikowa, dzika, ale jak najbardziej do picia. Druga ją jednak przebijała o dwie długości: przepiękny bukiet luksusowej czekolady, wiśniowego likieru, fiołków i przypraw korzennych, bogata, owocowa, poukładana. Arcysmaczna. Pochód Barolo otwiera młodzież. Marcenasco barolo 2006 Renato Rattiego, z początku nieczyste, chemiczne, później nieco się przejaśnia, ale wciąż dominują garbniki. Przy odrobinie zacięcia można jednak już pić. Gorzej było z Dagomis barolo 2004 Gaji – ładnie pachnie, relatywnie dużo owocu, ale finisz nieprzyjemny, suchy i ściągający. Za to seniorzy – no, no. Barolo 1994 Giacomo Conterno i Vigneto Rocche barolo 1997 Giovanniego Corino, Oba wyewoluowane podobnie; aromaty skóry, orzechów włoskich, miodu; w końcu garbniki na swoim miejscu, kwas utrzymuje świeżość i pijalność, równowaga i elegancja. U Corino chyba utrzymało się więcej owocu, za to u Conterno większa złożoność i w ogóle więcej „oomph”. Czas na krzywdzące uogólnienie (jak jednak słusznie zauważył brat Rurale, banalne): dobre nebbiolo trzeba trzymać, trzymać, a jak już chce się wypić, to jeszcze trochę potrzymać. Łatwo mówić, ale to nie na nasze nerwy.
Zupełnie obok tematu czekało nas bardzo ciekawe doświadczenie: trzy wina państwa Płochockich z rocznika 2009, przyniesione przez samych autorów. Rozpływaliśmy się tu w pochwałach nie raz, podtrzymujemy: przed polskim winem jest przyszłość, jeśli tylko będą się za nie brali ludzie o takim talencie i pasji. Wszystkie wina już z nowej winnicy w Sandomierskiem. Porzeczkowo-fiołkowo-piernikowe rondo, czyste, owocowe, zrównoważone. Egzotyczny, pachnący seyval blanc, ze świetnym owocem, lekko off-dry, dużo materii, lecz rześki, zbalansowany, po prostu bardzo dobry. Jakieś korporekiny wykupiły cały nakład na korpoprezenty. Szkoda, dla winomaniaków nic nie zostanie. I w końcu nieoficjalne, niekomercyjne wino likierowe, tym razem bardzo czyste, żywe, o idealnych proporcjach; potencjalny hit, szkoda, że nie ma szans trafić do sklepów.

W zestawie młodych barolo było jeszcze Pichemej barolo 2004 od Gian Piero Marrone. Wytrwale karafowane cały dzień okazało się najprzystępniejsze z zestawu młodych win. Ciekawe aromatycznie; typowe wiśnie, fiołki i asfalt, ale również specyficzna nuta cytrusowa (mandarynki?). Garbniki jak na barolo zaokrąglone, sporo owocu, dużo świeżości, przyjemny, lekko słodki finisz. Mądrzejsi od nas twierdzili, że przed nim też jeszcze wiele lat; wierzymy; niemniej, dla nas już bardzo dobre-. Takie wino moglibyśmy pić wcześniej, choć niekoniecznie za 120 zł. Ciekawi jesteśmy, czy dla barolo da się złapać taki moment, w którym aromaty jeszcze nie wyewoluują w te skórzano-orzechowe rejony, a garbniki i kwas poukładają się w tę elegancką całość?

Tanzberg w podmikulovskich Bavorach to niegdyś jedna z naszych ulubionych morawskich posiadłości. Jednak czy to poziom konkurencji się podniósł, czy im poziom obniżył (a może jedno i drugie), mamy coraz więcej wątpliwości. Mikulov Turold ryzlink rýnský pozdní sběr mikulov 2006 pachnie typowo dla morawskiego rieslinga: kwiatem lipy i renklodami. W ustach dużo – jak na rieslinga zbyt dużo – materii, alkohol, kyselinka niedomaga, brak więc świeżości. Tylko prawie dobre, trochę szkoda wspomnień i 299 Kč.

Życie Na Szczycie

Za nami kolejna gala Grand Prix Magazynu Wino. Dla nas tym ciekawsza, że nasz blog był reprezentowany, jako czynnik społeczny, w panelu degustacyjnym oceniającym konkursowe wina. Czasem nasze oceny były zbieżne z tym końcowym (w kategoriach win musujących i słodkich), czasem zupełnie w poprzek (wytrawne ze średniej półki), jednak przecież ważniejszy jest udział, niż wynik (wiemy to od naszych reprezentantów na Mundialach i igrzyskach).
Sama gala wypadła nieźle. Ryzyko zadeptania i zgniecenia było mniejsze, choć i byliśmy wcześniej niż w poprzednich latach. Wieża artyleryjska fortu „Włodzimierz” cytadeli warszawskiej to o wiele ciekawsza sceneria niż bezduszne wnętrza sieciowych hoteli. Nie mieliśmy dużo czasu, mogliśmy więc odwiedzić tylko kilka stoisk. I tak było warto.
W końcu na takiej imprezie ktoś pokazał Frankonię. Wprawdzie import idzie kiepsko, niemniej to ważny krok naprzód. Dobrze, że wybór importera padł na Juliusspital, posiadłość dość dużą, by mieć wina na każdy gust, ale i bardzo dobrą i reprezentatywną dla regionu. Przemiła pani Tanja Strätz prezentowała pięć win z 2009 roku: podstawowego silvanera, silvanera kabinett Abstleite, rieslinga kabinett Stein, silvanera Stein GG i traminera spätlese Stein. Świetny zestaw i demonstracja sztandarowego siedliska Stein w Würzburgu. Mineralno-egzotyczny riesling, dymny, kamienny silvaner i elegancki, świeży traminer. Bomba.
Swoje (i żony) wina prezentował Erich Krutzler, zięć swojego teścia. „I don’t want to be a copy of my father-in-law”, powiedział, nie musi się jednak tłumaczyć. Wina Pichler-Krutzler bronią się same. Wspaniały rocznik 2009, doskonałe, mineralne, ekspresyjne rieslingi i veltlinery z Wunderburgu (teść pochwalił rieslinga), Loibenbergu i In der Wand, gęsty, starzony na osadzie veltliner z Supperin (2008), prostolinijne, lecz perfekcyjne veltlinery z Klostersatz i Frauengärten. Niechże ktoś ich do Polski sprowadzi!
Do Polski za to sprowadził się Amerykanin i pod Wrocławiem postanowił robić dobre wina. Na razie rzeczywistość nie sięga marzeń, bo wina z rocznika 2008 do picia nadają się z trudem, a do kupowania – przy cenach dochodzących pod stówę – wcale. Riesling zielony i kwaśny, chardonnay rozwarstwione i zadębione, a pinot noir szypułkowy i nieczysty. Mike Whitney tryska jednak optymizmem, cieszy się, że „other wines around here kick his ass” i zapewnia, że wina Adorii będą już tylko lepsze.
Amerykańskie przedsięwzięcie na Morawach, Stapleton&Springer wypada dużo okazalej. Ich pinot noir Modré hory 2008 (brązowy medal do 60 zł) i kupaż PN z st. laurentem Roučí 2006 udanie łączą środkowoeuropejski charakter(ek) z bardziej międzynarodową przystępnością. A my być może w końcu zdecydujemy się na zamówienie wina w dość dziwnym sklepie internetowym – niby zagranicznym, niby polskim, na pierwszy rzut oka trochę firma Krzak. Jego właściciel i szef jednak istnieje w rzeczywistości materialnej, wina też ktoś już pił, więc wypróbujemy.

Susana Balbo reprezentowała już damy winiarskiego świata przy okazji naszej lożowej degustacji „win kobiet”. Tym razem jej Dominio del Plata cabernet sauvignon mendoza 2006 prezentowało się solo – i zaprezentowało się bardzo dobrze-! Owocowo-przyprawowe (porzeczka, śliwka, oregano, jałowiec), słodki owoc wpleciony w mocną (jak na Nowy Świat) garbnikową strukturę, ponad czternastoprocentowy alkohol ładnie wkomponowany; pełne, długie, „winne”. Optymalny nowoświatowiec za pięć dych.

Cienkie, kwaśne, ale chce się pić po ostatnią kroplę? Musi francuskie. Château Magence graves 2002 takie właśnie jest: ciągną go wyrazisty kwas i nieco szorstkie garbniki, chudy, porzeczkowo-wiśniowy owoc pozostaje w tyle, wrażenia urozmaicają aromaty mokrych liści i ściółki leśnej (ze szczególnym uwzględnieniem grzybni). Ten trochę dekadencki zapach i szczególna soczystość sprawiają, że wino świetnie się pije, choć przecież i rocznik słaby, i posiadłość z tych anonimowych. Dobre+, 41 zł, ale wielkich zapasów nie ma co robić – lepsze już nie będzie.

W prawie okrągłą rocznicę wino z „naszego” rocznika: Graacher Himmelreich riesling auslese mosel-saar-ruwer 1997 samego Joh. Jos. Prüma. Pachnie bardziej wodą z potoku niż winem, z trudem można wyłapać nuty cytrusów i nafty. W ustach wrażenie lekkiego musowania; reszta poddaje się analizie już z trudem. Kwasowość i słodycz są idealnie zrównoważone i stopione ze sobą. Choć w liczbach bezwzględnych obie wartości zapewne są imponujące, tu przechodzą niemal niezauważone. Zapamiętuje się głównie wrażenie źródlanej świeżości i długiego, lekko słonego finiszu. Warto było dać 122 zł za tę bardzo dobrą+ butelkę; nie wiedząc jednak, czego się spodziewać, można by się rozczarować (zwłaszcza płacąc cenę półkową: 200 zł).