Czarny kogut to oczywiście emblemat apelacji chianti classico; podobno kiedyś, przy pomocy wygłodzonego czarnego kura, wredni i przebiegli florentyńczycy przechytrzyli równie wrednych, acz mniej przebiegłych sieneńczyków. My tymczasem, pod młotkiem brata Eksperta Od Toskanii, spróbowaliśmy trzynastu czołowych chianti classico z roczników od 1997 do 2006, ze szczególnym uwzględnieniem 2001. Wnioski? Z pewnością dobre chianti to bardzo dobre wino. Raczej nie należy doszukiwać się niezwykłych bukietów, a cieszyć się czystością i intensywnością owocu, elegancją garbników i równowagą. Najbardziej nam, i większości chyba zgromadzonych, do gustu przypadła Riserva Le Baròncole 2002 z San Giusto a Rentennano, mimo słabego rocznika powalająca soczystością, świeżością i zbalansowaniem. Potwierdzenie znalazło też nasze uznanie dla Felsiny, której Rancia 2000 i 2001 były popisem operowania kwasowością (przy czym 2001 intensywniejsza, wciąż młoda, 2000 zaś już dojrzała i spokojna); pytania stawiała Rancia 2006, jakby prostsza, bardziej ugładzona i chyba bez potencjału starszych sióstr. Interesujące były wina Volpaia, Riserva 2000 i Coltasalla 2001; pierwsze czekające jeszcze na swój moment, niestopione w całość; drugie, ze swoimi słodkimi garbnikami i łaszącym się owocem obscenicznie smaczne, po namyśle jednak rozgrzeszamy. Potężny klan Antinorich wystawił Villa Antinori 1997 (tak, to kiedyś było chianti), wino już po drugiej stronie wzgórza, niemniej wciąż soczyste i wyraziste, oraz Riservę 2004, jak to nazwaliśmy, chianti dla Amerykanów, łagodne i słodkie. Pite samo na pewno by smakowało, tu wyraźnie ulegało konkurencji. Amerykanom również smakowałoby Castello di Brolio 2001, duszne i nasterydowane, nam już nie tak bardzo, do zlewu byśmy jednak nie wylali. Muskuły prężyło też Baldia a Coltibuono Riserva 2004, jednak solidny, kwasowy kręgosłup skutecznie te mięśnie podtrzymywał. Chyba za mocne (15%). No i na koniec kontrast: Poggio Bonelli Riserva 2001, wino delikatne, soczyste, lekko ziołowe naprzeciwko Giorgio Primo 2001, mrocznego, mocnego, o ciężkim, przypalonym owocu. Oba ciekawe, jednak pokazujące całą różnorodność chianti. PS. Relację z tegoż wydarzenia można przeczytać też tutaj.
Nasze chianti, Rocca di Montegrossi San Marcellino chianti classico 2004, zaskoczyło nas samych. Choć po otwarciu butelki pachniało typowo – wiśniami i lakierem – po kilku godzinach w karafce wyewoluowało w stronę aromatów ziołowych (szałwia? anyż? PS. lukrecja! - podpowiada czytelnik) i ziemistych. W ustach jednak owocu nie zabrakło, a jego czystością, świeżością i soczystością, przy świetnej dojrzałości garbników i dobrej kwasowości, ujęło większość degustujących. Bez wahania bardzo dobre+. Ceny nie znamy – prezent, pytać Googla.
Dürkheimer Michelsberg riesling kabinett trocken pfalz 2007 z Weingut Darting nie ustępuje, a może nawet przewyższa swoje o dwa lata starsze rodzeństwo. Mineralny, naftowo-kredowy nos, z nutami egzotycznych owoców, usta oparte na kwasie i alkoholu, pełne, lecz dobrze zrównoważone, przyjemny, cytrusowy finisz. Dobre+ wino, świetne do polskiego jedzenia i zupełnie rozsądnej cenie – wciąż 43 zł.
O ile jesteśmy entuzjastami austriackich win białych, to tamtejsze czerwone nie znajdują się często na naszej liście zakupów. Tym milej nas zaskoczył blaufränkisch classic mittelburgenland 2007 Hansa Iglera. Wiśniowo-korzenne, dość jasne, jednak przyjemnie owocowe, soczyste i przystępne. takie w sam raz – czyli dobre. Wypić jednak całą butelkę od razu, następnego dnia nie zyskuje.
Tagi: niemcy, bzik, włochy, austria