Tym razem zbzikowanej braci przyszło żeglować po wyspach. Próbowaliśmy przekonać, że Eurazja też jest wyspą (wszak zewsząd jest otoczona wodą), ale nie przeszło. Mimo tego degustacja wypadła nad wyraz okazale, wina trzymały równy, wysoki poziom i właściwie nie było takiego, które by się nam nie podobało. Zaczęło się od greckiej Santorini i Sigalas 2007, wina ekstremalnie mineralnego, morsko słonego, a przy tym bardzo smacznego. Korsykańskie Clos Teddi patrimonio 2006 to z kolei wino typu wieś sielska: jabłka papierówki, trochę podwórka; to jednak wieś autarkiczna, jest tu wszystko, co potrzebne. Znowu Santorini, Gaia Thalassitis 2005, dziwne, mineralne, chlebowe, benzynowe, wciągające i odstręczające jednocześnie. A teraz znów rodzinna wyspa cesarza Francuzów, Enclos des Anges corse calvi 2008 Richarda Spurra, poziomkowe, truskawkowe, lekkie i przyjemne. Róż wcale nie majtkowy. Pozostajemy tu, by spróbować Prestige du Président corse 2006, wbrew nazwie raczej swojskie i bezpośrednie, niemniej bardzo smaczne i przyjemne. Zupełnie inaczej było na sąsiedniej wyspie: sardyński Argiolas Korem 2004 isola dei nuraghi to wino bardzo skoncentrowane, napakowane, z ambicjami, ale jeszcze nie bardzo do picia. Niewykluczone jednak, że kiedyś będzie z niego wino. Meden Agan peloponnes 2005 Papantonisa pochodzi z takiej nie do końca wyspy, wszyscy byli jednak gotowi wybaczyć, bo wino fantastyczne, wyraziste, lecz zrównoważone, prawdziwie epikurejskie (choć Samos leży kawałek od Peloponezu). No i na koniec równie smaczne, równie zbalansowane, acz chyba jeszcze intensywniejsze, Domaine d’E Croce patrimonio 2006 Yvesa Leccii. To była podróż!
Troszkę poza tematem było Château Magence graves 1999 (w poprzednim wpisie można znaleźć rocznik 2004), bardzo już leciwe, dziwne aromatyczne (były podejrzenia o korkowość, ale nie; po jakimś czasie pojawiły się egzotyczne nuty owocowe), krótkie i raczej wodniste. Powrót pod koniec degustacji do tej butelki każe jednak sądzić, że picie go w temperaturze pokojowej i danie mu się napowietrzyć może sporo uratować i dać jeszcze niemało frajdy. Relacja w zaprzyjaźnionym nie-blogu do przeczytania tutaj.
My zaś zaproponowaliśmy wycieczkę na antypody. Clocktower sauvignon blanc marlborough 2008 Whither Hills for M&S to po prostu kiwi sauv. Tylko i aż: tylko, bo nieskomplikowane, bezpośrednie, aż, bo bardzo przyjemne, wyraziste, charakterystyczne dla odmiany. Przynajmniej dobre+. Dojrzały agrest, krzemień, spora kwasowość i chyba odrobinka cukru resztkowego – takie wina muszą się podobać. Ostrzegamy jednak – najlepiej pić w temperaturze pokojowej i dać mu odetchnąć. 57 zł to może nie jest okazyjna cena, ale nie czujemy się zawiedzeni.
11 lipca 1809 roku pod Znojmem rozegrała się bitwa pomiędzy Wielką Armią i wycofującymi się spod Wagram Austriakami. Stanowisko dowodzenia Napoleona mieściło się w Suchohrdlach, podobno u samej winnicy, z której pochodzi Dobšice U Hájku sauvignon pozdní sběr znojmo 2007, zrobione przez Vinařství Lahofer. Cesarz raczej tutejszego wina nie spróbował (jak wiadomo, pijał tylko burgunda), jednak jego wojsko ochoczo świętowało zwycięstwo w znojemskich piwnicach. Takie wino jak to do świętowania się nadaje. Pachnie świetnie (dojrzałe, słodkie owoce, miód, nuta mineralna – kojarzyło się nam ze słodkim tokajem), smakuje nieźle, 24 g cukru znajdują odpowiedź w 7 g kwasu. Byłoby więcej niż dobre-, gdyby nie nieciekawa, gorzkawa końcówka i brak sensownego finiszu. 27 zł jednak nie ma co żałować.
Alzacja w wydaniu Carrefoura bywa nierówna – te same wina w różnych, a nawet tych samych rocznikach robią różni producenci. Tego sylvaner alsace 2008 zrobił tamtejszy gigant, Arthur Metz, z umiarkowanym sukcesem. W nosie pikantne (biały pieprz) i jabłkowe, w ustach – niezbyt czyste, słodko-kwaśne, mało owocu, w finiszu gorzkie. Do przyjęcia; takie wina Alzacji nie wypromują, nawet jeśli kosztują ok. 20 zł.
Tagi: francja, bzik, czechy, nowa zelandia