Miłośnicy wina to ludek w gruncie rzeczy pokojowy. Pewnie, lubimy się pokłócić i pospierać, ale żeby toczyć jakieś boje… W każdym razie tym razem ta pokojowa natura sprawiła, że temat z założenia konfrontacyjny, „Bordeaux grand cru vs. Bourgogne premier cru”, przerodził się właściwie w degustację saint-émilion grand cru. Choć oczywiście były i inne, świetne wina.
Zaczęło się jednak patriotycznie. Lumini świętokrzyskie 2008 z Winnicy Płochockich to kupaż oparty na biance i seyval blanc, aromatycznie gdzieś pomiędzy muszkatem a traminem, z nutami mięty i pokrzywy. Dużo świeżości, porządna kwasowość, naprawdę nieźle. Nie wszyscy jednak w północnych krajach potrafią zrobić dobre wino. Lukase Reserv gotland 2005 z Gute Vingård dalekie było choćby od poprawności. Lekko octowe, ewidentnie z niedojrzałych owoców, kwaśne, posłodzone ogromną dawką dębu. W tym interglacjale szwedzkie wina raczej nie podbiją świata, zwłaszcza za tak obłędne pieniądze.
Reprezentacja Burgundii była dość eklektyczna. Chablis premier cru montmains 2006 Williama Fèvre’a zrazu wzięliśmy za klasycznego białego burgunda: orzechowe, maślane, beczkowe, gęste. Nie zabrakło jednak charakterystycznej mineralności i cytrusowej świeżości. Świetne wino. Drugim niemal-burgundem było Clos les Charmes morgon 2006 Didiera Desvignesa, bardzo smaczne, mocno owocowe, nieco mroczne cru beaujolais. I w końcu burgund prawdziwy, auxey-duresses premier cru 2004 Comte Armand; fajna, garbnikowo-kwasowo struktura, wokół niej słodki, dojrzały owoc (głównie truskawki). Podobno zamknięte, nam smakowało. Podsumowując Burgundię – fajnie, ciekawie, drogo.
Teraz medoki. Château La Tour Carnet haut-médoc 2001 nie przekonało. Owszem, bardzo efektowne, intensywne, ale bez tej garbnikowej elegancji, za które ceni się bordosy. Chyba musimy zrewidować nasze zachwyty nad tym winem, mamy jeszcze butelkę czy dwie. Château Grand-Puy-Ducasse paulliac 2000 niestety korkowe, straszna szkoda, to co przezierało było więcej niż zachęcające. W końcu margaux 2006 Antoine Moueix, porządne, lecz bez uniesień, jak na margaux zbyt potężne, no i chyba za drogie.
Pierwszy emilion to Château de Brens saint-émilion grand cru 1989, ładnie dojrzałe, w nosie przede wszystkim krwiste, mięsne, ale i leśno-grzybowe. Wyewoluowane, miodowo słodkie garbniki, dobra kwasowość. Takie wina chce się pić, ale kto ma tyle cierpliwości? Nasze Château La Marzelle opisujemy niżej, czas więc na Château Canon-la-Gaffelière saint-émilion grand cru 2003. Ponowoczesne wino oparte na optymalnie dojrzałym cabernet franc (wydajność tylko 17hl/ha!), przesmaczne, bardzo owocowe, o idealnie zharmonizowanych taninach i kwasie. Tak dobre, że aż niepokojące. No i w końcu grand finale: Château L'Angélus saint-émilion grand cru 1986; nie było fanfar i werbli, a popis kultury i elegancji. Odłożyliśmy długopisy, nie robiliśmy notatek. Po prostu piliśmy…
Nasz emilion był w wyraźnie innym stylu, niż trzy pozostałe. Bardziej podręcznikowy, oparty niemal w całości na merlocie, był pełniejszy, gęstszy, bardziej śliwkowy niż porzeczkowy. W wieku niecałych dziesięciu lat już w pełni dojrzały, bez perspektywy kilku dekad. Niemniej to wciąż bardzo dobre wino – eleganckie, żywe, złożone i po prostu smaczne. Château La Marzelle saint-émilion grand cru 2000 kosztowało nas 97 zł, sporo, ale na polskie warunki do przeżycia. Ciekawostka: posiadłość La Marzelle spadła z klasyfikacji grand cru classé podczas rewizji 2006, odwołała się jednak i została przywrócona; więcej o tych perypetiach można poczytać tutaj.
Komplet do wytrawnego gutsweina Selbachów stanowi wino w wersji tradycyjnej, fruchtig: riesling kabinett mosel 2007, też z rybką na etykiecie, tylko taką bardziej zieloną. I to też dobre wino, dokładnie takie, jakie niedrogi (hmm, 48 zł) mozelski riesling powinien być: świeży, lekki, zbalansowany. Ma nawet bonus w postaci wyraźnej, słonej nuty mineralnej. Nikt by się nie obraził, gdyby to była litrowa butelka.
Tagi: francja, niemcy, bzik