Kategorie

  • Brak kategorii

Île de Beauté

Z winami z Korsyki mieliśmy już kontakt – choć wyłącznie dzięki winerschowi i jego fascynacji tą piękną wyspą. Były to jednak pojedyncze butelki, niejako bez kontekstu, teraz zaś przyszło nam spróbować tuzina tamtejszych win. Zaczęliśmy od dwóch białych: potężnego, tłustego, pikantnego Domaine de Torraccia corse porto-vecchio 2009 i stołowego „BG” Antoine Areny. BG to skrót nazwy odmiany bianco gentile, niedopuszczonej jeszcze do win AOC. Samo wino szalenie nam się podobało, lubimy połączenie owocowej słodyczy i mocnej, kwasowej struktury. Różowe z kolei było bardzo odrębne, indywidualne. Clos Signadore patrimonio 2008 – kwasowe, mineralne, praktycznie bez owocu, pełne dziwnych aromatów (skóra? mokra kreda?). Bardzo specyficzne były również wina czerwone: niemal bez wyjątków chłopskie, surowe, ktoś podpowiedział: „przaśne”. Trzeba je takimi polubić, no i bardzo trudno – przynajmniej nam – je oceniać.
Próbowaliśmy je począwszy od najtańszego (jak wiadomo, nie zawsze to bezpieczne). Domaine Mosconi Ariale corse sartène 2007, chude, szorstkie, kwaśne, ale fajnie pachnie (babcinym dżemem truskawkowym) i miło się pije. Domaine Petra Bianca Tradition corse figari 2006, ciemniejsze, jagodowe, zaczyna się miło i owocowo, lecz kończy nieprzyjemnie gorzko. Stephanie Olmeta patrimonio 2007 bardzo kwasowe, ale z dobrym owocem i znacznie przystępniejszymi garbnikami. Charakterne, ale i bardzo smaczne. Równie dobre Domaine Pieretti Selection Vieilles Vignes corse coteaux du cap-corse 2006, mocno zbudowane, pikantne, z ładnie dojrzałym owocem – choć garbniki wciąż dają ustom popalić. Domaine Comte Abbatuccia ajaccio 2007 to nasze wino wieczoru: eleganckie (tylko przy nim zapisaliśmy to słowo), głębokie, gładkie, ale charakterem nieodcinające się od swych lokalnych korzeni. Clos Culombu Ribbe Rosse corse calvi 2006 raczej na nie, ciężkie, tępe, muliste. Antoine Arena Morta Maio patrimonio 2007 dziwnym, nieczystym nosem zdradza biodynamiczne pochodzenie. Jest owoc, jest kwas, ale niewiele poza tym. Cienkie takie, można pić, ale bez szału. No i Clos Signadore Eresia patrimonio, w którym dziwnie kontrastują słodki owoc i czekoladowe nuty z ogólną kościstością tego wina. Ale to dość urocze przeciwieństwo. A na deser słodkie Orenga de Gaffory Impassitu muscat du cap-corse 2009, wyraźnie muszkatowe, kwiatowe, lekkie, kwasowe. Smaczne. Epilog dopisało Domaine de Torraccia Oriu corse porto-vecchio 1988. Przy poprzednich butelkach zdarzało się nam narzekać, że za młode i zastanawiać, jak się zestarzeją. Cóż, dwudziestu trzech lat czekać nie warto. Smakowało lepiej niż wyglądało (a wyglądało jak muł z dna Wisły), ostało się trochę owocu i jakiś kwas, ale wytrącone, tworzące gruboziarnistą zawiesinę garbniki psuły wrażenie. Zawsze to jednak pouczające doświadczenie.

Angielski język degustacyjny posiada przydatny termin zesty: żywy, wyrazisty, pikantny. Blisko stąd do zest, czyli skórki owocu cytrusowego, z jej aromatami i charakterystyczną goryczką. To właśnie słowa-klucze do opisania Dürkheimer Michelsberg riesling kabinett trocken pfalz 2009 Helmuta Dartinga. Nie jest to stereotypowy niemiecki riesling. Kwas tnie jak brzytwa, alkoholu sporo, wytrawność zupełna, ale pije się to świetnie dzięki dojrzałości owocu i, hm, winiarskiej elegancji – czystości smaków, rasowości aromatów. Kawał wina, bardzo dobre-.

Nasze pierwsze wino z Sabaudii. Dopiero teraz, wstyd przyznać. Butelka z nie za wysokiej półki, za 26 zł: vin de savoie apremont 2009 Philippe’a Raviera. Cóż z tego, jeśli zupełnie dobra? Zapach delikatny, kwiatowy, za to w ustach wina sporo. Pełne, bardziej goryczkowe niż kwasowe, rześkie, „chłodne”. Nie wiadomo, z czego zrobione, choć krótkie śledztwo wskazuje na jacquère. Dobry początek.

Wyznawaliśmy już wstydliwy sekret: że lubimy czasem napić się chilijczyka. Ten moment wypadł właśnie teraz. Na kontretykiecie Tres Palacios carménère reserve maipo 2008 napisano, że to ein Muster-Carménère. Faktycznie, bardzo chilijskie i bardzo carmenerowe. W zapachu lekko przypalona grzanka z dżemem truskawkowym i żelkami lukrecjowymi (pachnie lepiej niż brzmi). W ustach jaśniejsza strona Nowego Świata: łagodne garbniki, owoc słodki, ale zupełnie soczysty. Porządnie zrobione, dobre-, przyjemnie się pijące wino. Emocji nie budzi, ale i nie dla emocji je pijemy. 46 zł – ujdzie.

1 komentarz do Île de Beauté

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>