Niespełna półroczny staż jako rodziców przedszkolaka pozwolił nam odkryć jedną z tajemnic wszechświata. Otóż przedszkola nie służą temu, co się na pozór sądzi. Wychowanie, opieka, socjalizacja nie są głównymi celami tych instytucji. Tak naprawdę – i niech zostanie to między nami – przedszkola są tajnymi rezerwuarami zarazków. Znajdują tam idealne warunki: dużą, lepką populację osobników o kształtującej się odporności. Efekt jest taki, że Licho, po kilku miesiącach względnego spokoju, ostatnie kilkadziesiąt dni miało karuzelę: kilka dni w przedszkolu – infekcja – kilkanaście dni odchorowywania – repeat. Nie wiemy wprawdzie, kto za tym stoi, może to zbiorowa inteligencja drobnoustrojów (taka kolonia to całkiem sporo komórek, może one coś tam kombinują), może to sprawka podglądających nas ufoków z Syriusza – pewnie się nigdy nie dowiemy. W każdym razie, jeśli ktoś wam powie: „poślesz dziecko do przedszkola, nie będziesz musiał organizować mu opieki w domu”, możecie uśmiechnąć się ironicznie.
Od wina codziennego oczekiwałoby się, że będzie w optymalnej formie od razu po otwarciu butelki, kto przecież będzie dekantował wino za 24 zł? Domaine de Meynarde côtes du rhône villages plan de dieu 2008 z Marksa & Spencera zaś musiało swoje odczekać, gdyż z początku pachniało głównie budyniem i sokiem z buraczków. W końcu pojawiły się jednak czerwone owoce (głownie porzeczki) w dużej ilości i trochę rodańskiej pikanterii, a więc otrzymaliśmy zupełnie przyzwoite, słoneczne, trochę za mocne, prawie dobre+ wino do niewyszukanego posiłku. Tylko komu się będzie chciało otwierać butelkę kilka godzin przed obiadem?
Czasu potrzebowało też na pokazanie się z lepszej strony toscana rosso 2007 z Abbazia di Monte Oliveto Maggiore, klasztoru benedyktynów uprawiających swe winnice od średniowiecza po dzień dzisiejszy. Wino jest jednak nowoczesne, mocno owocowe (czarne jagody), żywiczne, dość alkoholowe, niepozbawione jednak pewnego wdzięku. Ot, tak po prostu dobre. 8 € w klasztorze, nasi benedyktyni sprzedają je za 45 zł; nawet jeśli odrobinę za drogo, to przynajmniej na zbożny cel.
Mimo naszego oddania Królowi Rieslingowi musimy czasem pochwalić i inne białe wina; nie spodziewaliśmy się jednak, że tak nam się spodoba niedrogi bordos. Château Magence graves 2004 to popis możliwości sauvignon blanc. Piękny, miodowo-agrestowy nos z charakterystyczną nutą krzemienia, dużo owocu, ładna kwasowość. O ile wiemy, wino niestarzone w beczce, semillion dodał zaś tylko trochę ciała nie zabierając winu nerwu. Niewydziwione, uczciwe, świetnie się pijące wino. Bardzo dobre- i tylko 32 zł.
Kolejne wino z M&S również na drugi dzień tylko zyskało (cóż, czerwone tak mają). Cuvée de Tête brouilly 2007, zrobione przez rodzinną firmę Louis Tête to bardzo zgrabne cru beaujolais. Harmonijne, eleganckie, gładkie, z ładnym wiśniowym owocem, dobrą kwasowością i niewyczuwalnym alkoholem. Do tego elegancki, wiśniowo-kwiatowy bukiet. Odświeża, nie męczy, daje dużo czystej przyjemności, więc dobre+. Na półce za 43 zł.
Tagi: francja, włochy
Miłośnicy wina to ludek w gruncie rzeczy pokojowy. Pewnie, lubimy się pokłócić i pospierać, ale żeby toczyć jakieś boje… W każdym razie tym razem ta pokojowa natura sprawiła, że temat z założenia konfrontacyjny, „Bordeaux grand cru vs. Bourgogne premier cru”, przerodził się właściwie w degustację saint-émilion grand cru. Choć oczywiście były i inne, świetne wina.
Zaczęło się jednak patriotycznie. Lumini świętokrzyskie 2008 z Winnicy Płochockich to kupaż oparty na biance i seyval blanc, aromatycznie gdzieś pomiędzy muszkatem a traminem, z nutami mięty i pokrzywy. Dużo świeżości, porządna kwasowość, naprawdę nieźle. Nie wszyscy jednak w północnych krajach potrafią zrobić dobre wino. Lukase Reserv gotland 2005 z Gute Vingård dalekie było choćby od poprawności. Lekko octowe, ewidentnie z niedojrzałych owoców, kwaśne, posłodzone ogromną dawką dębu. W tym interglacjale szwedzkie wina raczej nie podbiją świata, zwłaszcza za tak obłędne pieniądze.
Reprezentacja Burgundii była dość eklektyczna. Chablis premier cru montmains 2006 Williama Fèvre’a zrazu wzięliśmy za klasycznego białego burgunda: orzechowe, maślane, beczkowe, gęste. Nie zabrakło jednak charakterystycznej mineralności i cytrusowej świeżości. Świetne wino. Drugim niemal-burgundem było Clos les Charmes morgon 2006 Didiera Desvignesa, bardzo smaczne, mocno owocowe, nieco mroczne cru beaujolais. I w końcu burgund prawdziwy, auxey-duresses premier cru 2004 Comte Armand; fajna, garbnikowo-kwasowo struktura, wokół niej słodki, dojrzały owoc (głównie truskawki). Podobno zamknięte, nam smakowało. Podsumowując Burgundię – fajnie, ciekawie, drogo.
Teraz medoki. Château La Tour Carnet haut-médoc 2001 nie przekonało. Owszem, bardzo efektowne, intensywne, ale bez tej garbnikowej elegancji, za które ceni się bordosy. Chyba musimy zrewidować nasze zachwyty nad tym winem, mamy jeszcze butelkę czy dwie. Château Grand-Puy-Ducasse paulliac 2000 niestety korkowe, straszna szkoda, to co przezierało było więcej niż zachęcające. W końcu margaux 2006 Antoine Moueix, porządne, lecz bez uniesień, jak na margaux zbyt potężne, no i chyba za drogie.
Pierwszy emilion to Château de Brens saint-émilion grand cru 1989, ładnie dojrzałe, w nosie przede wszystkim krwiste, mięsne, ale i leśno-grzybowe. Wyewoluowane, miodowo słodkie garbniki, dobra kwasowość. Takie wina chce się pić, ale kto ma tyle cierpliwości? Nasze Château La Marzelle opisujemy niżej, czas więc na Château Canon-la-Gaffelière saint-émilion grand cru 2003. Ponowoczesne wino oparte na optymalnie dojrzałym cabernet franc (wydajność tylko 17hl/ha!), przesmaczne, bardzo owocowe, o idealnie zharmonizowanych taninach i kwasie. Tak dobre, że aż niepokojące. No i w końcu grand finale: Château L'Angélus saint-émilion grand cru 1986; nie było fanfar i werbli, a popis kultury i elegancji. Odłożyliśmy długopisy, nie robiliśmy notatek. Po prostu piliśmy…
Nasz emilion był w wyraźnie innym stylu, niż trzy pozostałe. Bardziej podręcznikowy, oparty niemal w całości na merlocie, był pełniejszy, gęstszy, bardziej śliwkowy niż porzeczkowy. W wieku niecałych dziesięciu lat już w pełni dojrzały, bez perspektywy kilku dekad. Niemniej to wciąż bardzo dobre wino – eleganckie, żywe, złożone i po prostu smaczne. Château La Marzelle saint-émilion grand cru 2000 kosztowało nas 97 zł, sporo, ale na polskie warunki do przeżycia. Ciekawostka: posiadłość La Marzelle spadła z klasyfikacji grand cru classé podczas rewizji 2006, odwołała się jednak i została przywrócona; więcej o tych perypetiach można poczytać tutaj.
Komplet do wytrawnego gutsweina Selbachów stanowi wino w wersji tradycyjnej, fruchtig: riesling kabinett mosel 2007, też z rybką na etykiecie, tylko taką bardziej zieloną. I to też dobre wino, dokładnie takie, jakie niedrogi (hmm, 48 zł) mozelski riesling powinien być: świeży, lekki, zbalansowany. Ma nawet bonus w postaci wyraźnej, słonej nuty mineralnej. Nikt by się nie obraził, gdyby to była litrowa butelka.
Tagi: francja, niemcy, bzik
No i nastał nam nowy rok. Zapowiada się pracowicie. Dokończymy kilka spraw, które zaczęliśmy, ale i rozpoczniemy zupełnie nowe. Na pewno nie będzie łatwo, ale i nie musimy polegać wyłącznie na sobie, prawda? Tymczasem cieszymy się świątecznymi prezentami, z których zresztą najwystawniejszy sami podłożyliśmy do worka Miko… Gwia… no, tego gościa co przynosi prezenty; pochodzimy z różnych zaborów i jeszcze się nie dogadaliśmy, kto, kiedy i w jaki sposób dostarcza podarki. Tę niepozorną kopertę z biletami wykorzystamy jednak dopiero w marcu, ale już nie możemy się doczekać.
Dużo wina się nie polało, przez chorobę Licha musieliśmy nieco ograniczyć aktywność towarzyską, a i sami czuliśmy się dość niewyraźnie. Wszystko idzie już jednak ku lepszemu…
Wapienne wzgórza Pálavy uważa się za jedne z najlepszych siedlisk Republiki Czeskiej. Liczni producenci, od gigantów w typie Víno Mikulov po małe, rodzinne firmy, jak Vinařství Pod Martinkou, starają się ten terroir jak najlepiej wykorzystać, jeśli nie czysto winiarsko, to przynajmniej marketingowo. Horní Věstonice Pod Děvínem ryzlink rýnský kabinet mikulov 2008 rzeczywiście jest łatwo rozpoznawalne jako mikulovski riesling: pachnie lipowym kwieciem i akacjowym miodem, ma charakterystyczną, jabłkową kwasowość. Niestety, subtelniejsze cechy siedliska giną pod warstwą cukru resztkowego, który nazbyt dominuje to wino. Ten problem miały też inne próbowane przez nas butelki tego producenta; wydaje się, że dla tych win najlepszą formułą byłoby „harmonisch trocken”. Prawie dobre+, 26 zł, nada się na rodzinne, międzypokoleniowe spotkania.
Viña Maipo to posiadłość i marka należąca do chilijskiego giganta (bagatela, 4000 ha!) Concha y Toro. Po ich cabernet sauvignon valle central 2008 spodziewaliśmy się tyle, ile po chilijczyku z niższej półki – czyli niewiele. No i się nie zawiedliśmy – nieciekawy, warzywno-drewniany zapach ulotnił się dopiero po kilku godzinach wietrzenia, potem pojawiły się jakieś uczciwsze zapachy owocowe i przyprawowe, ale wciąż bez rewelacji. W ustach kompotowate, choć nawet uczciwie dokwaszone, więc – do przyjęcia+. Można pić bez przykrości do rodzinnego obiadu, co też uczyniliśmy.
Trafiło się też wino, które zachowamy dla siebie, choćby dlatego, że rozlewane do półbutelek. Tokaji furmint édes 2007 państwa Marty i Stefana Wille-Baumkauffów, obecnych właścicieli winnicy Pendits i słynnych piwnic Floriana Bilickiego, ma wszystko, za co lubimy słodkie tokaje z późnych zbiorów: lekkość, świeżość, świetną równowagę bez tytanicznych zmagań kwasu z cukrem, mineralność, a do tego przeciekawy bukiet. Jest tu bardzo dojrzały agrest, świeżo skoszona trawa, lipowy miód, jakieś nuty ziołowe. Bardzo dobre, dokładnej ceny nie znamy, bo pozyskane podczas (ubiegłorocznej już) degustacji Tokaji Renaissance, ale w przeliczeniu z forintów daje jakieś 35 zł. O rety!
Tagi: czechy, węgry, chile
W ostatnich latach w świecie wina nastał kult naturalności. Pragniemy win jak najczystszych, produkowanych jak najmniej interwencyjnie, najlepiej bez żadnych dodatków. Oczekujemy rezygnacji z nawozów i środków ochrony roślin, żądamy rdzennych drożdży, nawet beczka nam coraz mniej smakuje. Odpowiedzią na te nowe gusta jest winiarstwo ekologiczne, organiczne, biodynamiczne. To dobrze. Koncentracja na tych winach sprawia jednak, że z oczu ginie szersza perspektywa, zarówno ta, że wciąż znakomita większość wina powstaje w wielkoprzemysłowych fabrykach, jak i ta, że nasi przodkowie pili przede wszystkim mikstury na winie oparte, doprawiane korzeniami, konserwowane spirytusem, mieszane z różnych regionów i krajów. Po tych czasach zostały już tylko żywe skamieliny typu wermuty (brrr!), barolo chinato, no i nasi dzisiejsi bohaterowie: wina wzmacniane.
Traf chciał, że wszystkie degustowane butelki pochodziły z trzech bardzo typowych apelacji: sherry, porto i rivesaltes. Początek to dwa razy sherry. Najpierw przedziwne amontillado NPU od Romate, o aromacie lasu spalonego razem z całą jego fauną, bardzo wytrawne, mineralne, bracia bardzo chwalili, to jednak smaki nie dla nas. Amontillado medium dry Williams&Humbert for Marks&Spencer było nie tyle ekstremalne, co po prostu marne. Onuce zomowca, omijać. Południe Francji reprezentowały Domaine Sarda Malet Le Serrat rivesaltes 1998, korzenno-owocowe, niemal nieutlenione, po prostu bardzo smaczne, oraz prawdziwy rarytas, Domaine Mounié Nectar du Prieuré Cuvée "L'Homme de Tautavel" rivesaltes 1955, wino zupełnie bezczasowe, bardzo młode: świeże, piękna kwasowość, dużo owocu… Świetnie. No i w końcu porto, i to w ciekawym zestawieniu – dwie rocznikowe single quinty. Quinta da Cavadinha 1987 Warre’s to wino już dojrzałe, bardzo rozwinięte aromatycznie (eukaliptus! mięta!), a przy tym pięknie owocowe i elegancko kwasowe. Quinta dos Malvedos 1998 Graham’s to butelka znacznie młodsza, zebrała brawa za aromatyczną złożoność, naszym jednak zdaniem nie tak elegancka i poukładana jak poprzednia. Warto wspomnieć, że za obydwoma domami stoi ten sam właściciel – klan Symingtonów.
Pojawiła się jeszcze butelka spoza tematu, przekazane naszej Loży przez zaprzyjaźnionego Iluminatę: Saffredi maremma toscana 2006 od Elisabetty Geppetti. Wino okrzyczane, cenione (również wycenione), co w sumie rozumiemy. Zadatki na elegancję, piękna kwasowość, świetna równowaga i długość. Czegoś nam jednak brakowało; może pełni dojrzałego owocu? Nie wiemy, nie znamy się, ale warto (kogo stać) wrócić do tego wina za kilka lat.
Nasze porto, Júnior Tinto porto od Niepoorta miało trudny start do wspomnianych rocznikowych single quinta, lecz nie przepadło z kretesem. Gęste, słodkie, mocne; proste, ale taką szlachetną prostotą, nie mylić z banalnością czy prostactwem. Bardzo smaczne, lepsze od wielu pitych przez nas LBV czy ruby premium, więc przynajmniej dobre+. Nie jest tanie, my daliśmy 70 zł, ale bywa i droższe, niemniej warto.
Erdener Treppchen riesling kabinett mosel Dr. Loosena to nasz stary znajomy. Na półkach jest już rocznik 2008, uważany za niezbyt fortunny dla niemieckich rieslingów. Jak będzie z tym, pokaże czas, na razie jest jeszcze na nie za wcześnie, dominują charakterystyczne dla tak młodych rieslingów nuty roślinne, drożdżowe. Czai się tam jednak i cytrusowo-egzotyczny owoc, i naftowa mineralność, a chłodny rocznik może sprzyjać równowadze. W każdym razie planujemy wrócić do tego wina za jakiś czas, co przy 58 zł nie jest takie trudne. Na razie dobre- na zachętę.
PS. Przez najbliższy rok jedno z nas musi poważnie ograniczyć degustatorską aktywność. Utrzymujemy konwencję pisania w liczbie mnogiej, jednak większość opinii będzie pochodziła tylko od połowy naszego teamu. Nie ma jednak powodów do zmartwień, w gruncie rzeczy to bardzo dobra wiadomość!
Tagi: niemcy, bzik, portugalia
Ten wpis jest wyjątkowy – po raz pierwszy w historii naszego bloga nie pojawia się zdjęcie butelki – bo i okazja jest wyjątkowa. Magazyn Wino, najpoważniejszy polski periodyk zajmujący się naszym ulubionym napojem, przyznał swoją Grand Prix w kategorii Wydarzenie Roku „Rozkwitowi polskich blogów poświęconych winu”. Pozwalamy sobie podstawić nogę i zamieścić tu fotografię statuetki (zdjęcie autorstwa jednego z Lożowych współbraci, dziękujemy) z dwóch powodów. Po pierwsze, to jedno z nas na Gali dopadli Naczelny oraz Redaktor Wydania Internetowego, i na jego ręce złożył gratulacje. Po drugie, Winobranie jest prawdopodobnie najstarszym (SWWDT?) aktywnym polskim blogiem o winie, czujemy się więc trochę ciotkami tej rewolucji. A tak serio – serdecznie gratulujemy (i przekazujemy gratulacje od Ojców Redaktorów) wszystkim zaprzyjaźnionym i tym znanym tylko z lektury winnym blogowiczom, a czytelników zachęcamy do klikania w linki po prawej stronie.
Co do samej Gali Grand Prix zaś… To, co pierwsze rzuca się w oczy, to ścisk. Organizatorzy z godną podziwu konsekwencją wynajmują na tę imprezę schowki na szczotki w najbardziej prestiżowych warszawskich hotelach. Dzięki temu łatwiej wyczuć zapachy perfum (to wariant optymistyczny) stojących – czy raczej cisnących się – obok współuczestników, niż aromat wina, a przemieszczenie się od stolika do stolika wymaga mocnych łokci. Naprawdę rozumiemy potrzeby środowiska, ale przecież ważniejsze jest, przy kim ktoś się lansuje, niż gdzie. Może jednak lepiej wynająć salę gimnastyczną w zaprzyjaźnionej tysiąclatce? Kieliszki i kubełki z lodem może przecież dowieźć firma cateringowa… Kiedy jednak skupimy się na samym winie, obraz się przejaśnia. Godne pochwały było ponowne zaproszenie polskich winiarzy. Możliwość spróbowania starszych rieslingów (’06 i ’07) oraz „ciemnego burgunda” ’05 od Jaworka to nie lada gratka – tych win zostały już ostatnie butelki. Zwłaszcza to ostatnie zaskakująco dobre. Pojawiające się właśnie w sprzedaży wina czerwone 2008 zupełnie niezłe, może poza mało owocowym acolonem. Płochoccy jak zwykle w formie, Biamus (bianca+muskat) i sibera, oba 2008, wkrótce trafią na rynek i wstydu nie przyniosą. Trochę rozczarowaliśmy się uważanymi za należące do czołówki Pańską Górą i Nad Dworskim Potokiem. Wina generalnie poprawne, ale nic nie przykuło naszej uwagi; chyba że in minus: to, co twórca nazywał mineralnością, nam zdawało się po prostu niedojrzałością owocu.
O wszystkich spróbowanych winach nijak napisać nie możemy. Zapadło nam w pamięć Syre nero d’avola 2003 z COS, dolomickie Stravino di Stravino 2004 Pravis, gruve Vom Schloss 2006 Grafa Hardegga, weissburgunder Papageno 2008 Allrama i nowozelandzki sauvignon blanc 2007 Cloudy Bay. Najfajniejsze – jak zawsze – były rozmowy z winiarzami. Państwo Barbara i Johannes Selbach pokazali świetne, złożone i już gotowe do picia Zeltinger Schlossberg kabinett i Graacher Domprobst spätlese, oba 2007, oraz Zeltinger Sonnenuhr auslese* 2006 o potężnym potencjale dojrzewania – pan Johannes zarzekał się, że 30 lat to minimum, a właściwie to wieczność. Z kolei dzięki panu Franzowi Wieningerowi mogliśmy pogłębić naszą bardzo powierzchowną znajomość win wiedeńskich z królem tutejszych winnic, mineralnym, terroirystycznym Nußberg alte reben gemischter satz 2008, na czele. Dowiedzieliśmy się też sporo o drodze Austrii do europejskiej pierwszej ligi winiarskiej, porozmawialiśmy o polskich winnych tradycjach i przyzwyczajeniach, oraz o przyszłości wina Europy. Zagadaliśmy się, aż nas nie przegoniono. I tylko dlatego chce nam się jeszcze chodzić na „stojące” degustacje.
Tagi: degustacje
Kończy się pomału rok, okrzyknięty w wielu krajach Europy doskonałym. Chwalą Francuzi, chwalą Niemcy – a to nam w zupełności wystarczy. Podobno nawet beaujolais nouveau było w tym roku lepsze niż kiedykolwiek. Tu musimy wierzyć na słowo, jakoś nie bardzo tym razem chciało się nam próbować nowego wina. Powody do narzekania podobno będą mieli polscy winiarze; po przeciętnym 2008, 2009 znów niecieszący się pomyślną aurą. Może tyle dobrego, że będzie to naturalne sito, przez które przejdą najlepsi…
W egzotycznym winiarsko Luksemburgu pinot noir zajmuje niecałe 7% upraw. Jak się właśnie przekonaliśmy, nie są to hektary zmarnowane. Coteaux de Schengen pinot noir moselle luxembourgeoise 2004 od Paula Legilla spokojnie konkuruje z, na przykład, pinotami z Alzacji. Zaczyna się dziwnie, choć przyjemnie – aromatami zasypki dla niemowląt i budyniu malinowego. Z czasem pojawiają się ciemne owoce, owocu też nie brakuje w ustach, choć nie jest on już pierwszej świeżości. Kwasu w sam raz, pije się naprawdę przyjemnie. Prawie dobre+, ceny nie znamy.
W Saksonii uprawia się zarówno traminera, jak i gewürztraminer, a obie odmiany rozróżnia się na etykiecie. Różnicę mogliśmy zaobserwować podczas wizyty u Klausa Zimmerlinga, gdzie piliśmy wina z obu odmian z tego samego siedliska i rocznika; wyróżniającą ten drugi szczep korzenność łatwo było zauważyć. W Radebeuler Goldener Wagen traminer spätlese sachsen 2008 ze Schloss Wackerbarth naturalnie nut przyprawowych czuć nie było. Były za to aromaty mirabelek, konfitury z płatków róż, liczi, ale też cukierków irysów i nutki żywiczne. Ciekawie wypadają usta: są dość kwasowe, zaskakująco świeże i lekkie, cukru niby aż 24,5 g/l, ale dobrze wkomponowanego, przyjemna goryczka w końcówce. Dobre wino, choć – jak wszystkie tam – drogie: 10€ za półbutelkę.
Tagi: niemcy, luksemburg
Nasz stosunek do biodynamiki jest dość chłodny. Choć jesteśmy zwolennikami rolnictwa ekologicznego i szanujemy tych rolników (nie tylko winogrodników), którzy nie ułatwiają sobie życia chemią, to większość zabiegów biodynamiki uważamy za voodoo. Z drugiej strony, cała ta magia nie musi przeszkadzać w robieniu dobrego wina; ciężka praca i troska włożona w prowadzenie winnicy mogą przynieść dobre rezultaty bez względu na mamrotane przy niej zaklęcia. Spotkanie loży biodynamice właśnie poświęcone potwierdziło tę tezę – nawet jeśli winom zdarzały się „techniczne” wady, były bez wyjątku autentyczne, szczere i interesujące.
Ciekawym zbiegiem okoliczności pojawiły się butelki najważniejszych klasyków biodynamiki: Guya Bossarda (kamienno-cytrusowe Domaine de l'Ecu Expression de Orthogneiss muscadet-sévre-et-maine 2005), Leona Barrala (pięknie owocowe, gęste, nieco dzikie Jadis faugères 2006, dla nas nr 1 wieczoru) i opisanego poniżej Nicholasa Joly’ego. Z biodynamicznej konfraterni byli jeszcze producenci jednego z dwóch zaledwie próbowanych niefrancuskich win, cerasuolo di vittoria classico 2006 z posiadłości COS, eleganckiego, soczyście owocowego, lecz rozczarowującego nieco gorzką końcówką oraz MonTirius Le Clos vacqueyras 2004, niestety krótkiego i suchego mimo obiecującego początku.
Organiczna, tudzież ekologiczna, była druga połowa butelek. Szczera, chłopska (w dobrym znaczeniu tego słowa) Domaine de Torraccia corse-portovecchio 2006, modernistyczna, nastawiona na szybką przyjemność Domaine Richeaume Cuvée Tradition côtes de provence 2006, znana z poprzednich roczników, kapryśna, nieco zielona Domaine Faillenc Sainte Marie corbières 2006, równie znana i lubiana, acz mniej kontrowersyjna, wesoła Domaine des Sablonnettes Les Beaux Vins anjou 2006 oraz drugi nie-Francuz (choć prawie…), Henry of Pelham merlot reserve niagara peninsula 2004, gęsta, tłusta, o rustykalnych aromatach.
To wino jako pierwsze przyszło nam do głowy na hasło „biodynamika”, poszliśmy więc tropem tego oczywistego skojarzenia. Ku naszemu zdziwieniu (i uldze) tylko my je przynieśliśmy, choć z drugiej strony, inny rocznik lub cuvée byłyby pouczające. Savennières 2003, podstawowe wino Nicholasa Joly’ego z nietypowego, gorącego rocznika mogło wysypać się na nadmiernym przegrzaniu czy braku kwasowości, tak jednak się nie stało. Co prawda w nosie dominują nuty cukiernicze, słodkiego kołacza, nawet waty cukrowej, różanego kwiatu, jednak wino ani trochę nie jest rozmemłane. Usta łączą słodycz owocu z mineralnością, kwasowość jest dyskretna, lecz obecna, a mandarynkowy finisz jest fantastycznie długi. Nie jest to wino perfekcyjne, lecz za nowe, odmienne wrażenia dajemy bardzo dobre i wcale nie po to, by sobie zracjonalizować wydatek 93 zł.
Trudno w to uwierzyć, ale to dopiero nasz pierwszy porządny burgund. I w sumie sami nie wiemy, co o nim myśleć. Z pewnością Cuvée Blondeau volnay premier cru 2001, zrobione dla Hospices de Beaune przez Maison Chausseron pachnie pięknie. Czego tam nie ma: maliny, czereśnie, głóg, nuty lasu, akcenty kwiatowe i przyprawowe. Można siedzieć w nosem w kieliszku godzinami. W końcu jednak trzeba wino wypić, i tu już nie jest tak łatwo. Dość kościste, mocno garbnikowe, ze sporą kwasowością, na pewno bardzo porządne, ale nie znaleźliśmy tu złożoności sugerowanej przez bukiet, ani jakiejś szczególnej finezji. Solidne, dobre, może nawet bardzo dobre- wino, 87 zł kieszeni aż tak nie drenuje, ale chyba jeszcze mamy czas na wizyty w Burgundii.
Tagi: francja, bzik
Tegoroczny dzień św. Marcina obeszliśmy bez nowego wina z bieżącego rocznika. Jakoś nie chce się nam kupować takich wynalazków, podczas gdy na wypicie czeka tyle lepszych butelek. Z przyjemnością za to obserwujemy, jak podczas podobnych imprez z naszymi przyjaciółmi znika coraz więcej butelek, i to z coraz większym zainteresowaniem. Nawet to trochę nas zaskoczyło, bo przygotowaliśmy tylko jedną, i trzeba było sięgać po kolejne, ale to bardzo satysfakcjonujące zaskoczenie było…
O tym, jak dobrymi winami bywają niemieckie gutsweiny od czołowych producentów pisaliśmy już tyle razy, że aż sami się dziwimy, że jeszcze chce się nam to powtarzać. Ale nie sposób nie powtarzać, gdy pije się takie wina jak Butterfly riesling mosel-saar-ruwer 2006 z Weingut Gelz Zilliken. Typowe aromaty mozelskiego rieslinga: nafta, egzotyczne owoce, w ustach dużo soczystej, wesołej kwasowości, dla osłody nieco cukru resztkowego (mniej jednak, niż w typowym tutejszym kabinecie). Dobre, choć mogłoby być więcej; co nas jednak trochę dziwi – wino traci już świeżość, w końcówce pojawia się nieprzyjemna goryczka, chyba trzeba się już rozejrzeć za nowszym rocznikiem. Ten zaś kosztował 60 zł za litrową butelkę.
Teraz, jak się można spodziewać, coś z Saksonii. Spółdzielnia w Miśni to największy producent regionu: kontroluje ponad jedną trzecią powierzchni winnic (164 ha) i zrzesza aż 1800 (!) członków. Nic dziwnego, że to jej wina są najpowszechniej dostępne na miejscu. Butelkę Bereich Meissen müller-thurgau halbtrocken sachsen 2008 złapaliśmy tuż przed wyjazdem, z przeznaczeniem na suwenir. Upominek został jednak szybko rozpity – może bez zachwytów, ale i bez narzekania. Typowa millerka – lekko muszkatowa, aromatyczna, mocno owocowa, pikantna, bez wyraźnej kwasowości, gorzkawa w króciutkim finiszu. Prawie dobre i oczywiście nietanie – 11 €.
I na koniec wesołe, młode, dobre- wino: Passione langhe 2008 od Gian Piero Marrone, kupaż trzech klasycznych piemonckich odmian. Dużo owocu, porzeczki, jagody, czekolada, w sam raz beczki, łagodne, ale nie nudne, idealne do imprezowego popijania. 34 zł to wcale rozsądne pieniądze.
Tagi: niemcy, włochy
No i po wakacjach. Trochę zmarzliśmy, na pewno odpoczęliśmy, wszelkie plany zrealizowaliśmy. Wszystkich wrażeń z Drezna nie opiszemy (choć kilka zdjęć można zobaczyć tutaj), bo to nie blog podróżniczy, ale i o aspekcie enoturystycznym jest co pisać. Wszak dolina Łaby to centrum winiarskiego regionu Saksonia, jednego z najmniejszych i najbardziej na północ leżących europejskich regionów winnych.
Winnice.
Jedno słowo – piękne. Zwiedziliśmy leżące poniżej Drezna, w Radebeul (zdjęcia) - einzellage Radebeuler Johannisberg - oraz powyżej, w Pillnitz (zdjęcia) - Pillnitzer Königlicher Weinberg. Strome stoki, o wspaniałej, południowej i południowo-zachodniej wystawie, pocięte kamiennymi tarasami, usiane niezliczoną ilością kaplic, dworków, piwniczek, belwederków i altan. Winne krzewy walczące o słońce, posadzone w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach. Poniżej – urocze miasteczka z wypielęgnowanymi domkami i ogródkami, jakby zupełnie niepamiętające ponurych, dedeerowskich czasów.
Winiarnie.
Byliśmy w dwóch. Obie zaliczają się do czołówki, ale różnią się jak dzień od nocy. Schloss Wackerbarth to duża, państwowa wytwórnia, gospodarująca na 90 ha. Ultranowoczesny budynek nowej przetwórni, drewno, szkło i stal, przepływ półproduktów, zgodnie z obowiązującą modą, tylko grawitacyjny, lśniące zbiorniki fermentacyjne z automatyczną kontrolą temperatury. Z drugiej strony – Beerenauslese fermentowane w starych, dobrych, szklanych gąsiorach (na oko wszsytkiego z 50l, cały roczny urobek), wina musujące do dégorgement obracane ręcznie w drewnianych paletach. Podobno puszczają im Mozarta, tak przynajmniej mówił oprowadzający (on ani słowa po angielsku, nasz niemiecki na poziomie tureckiego bazaru, więc nie mogliśmy go przycisnąć). Klaus Zimmerling z kolei ma zaledwie cztery hektary. Owoce wyciska w dwóch prasach koszowej (w tym jednej ręcznej, jak za króla Ćwieczka), fermentuje w kilku stalowych kadziach, z temperaturą sterowaną „na oko” przez polewanie wodą ze szlaucha. Za to piwnicy strzegą rzeźby Małgorzaty Chodakowskiej, artystki rodem z Łodzi, żony pana Klausa. Fotografie jej prac zdobią również butelki tutejszego wina – inna w każdym roczniku.
Wina.
Spodziewaliśmy się win cienkich, kwaśnych, zielonych. Zaskoczyła nas dojrzałość owocu, równowaga i mineralny, północny chłód zamiast nadmiernej kwasowości. Jeśli mielibyśmy dla tych win znaleźć wspólny mianownik, byłaby nim ich „powietrzność”, wrażenie przestrzeni rozciągającej się między mineralnością, a delikatną owocowością. Burgundery rozpoznawalne, rieslingi w typie „chłodnym:, bardziej kwiatowo-mineralnym, delikatnym, traminery bez orientalnej perfumy, świeże, źródlane, lekko muszkatowe. Wielkie wrażenie wywarł dla nas riesling „BA” Zimmerlinga, klasyfikowany jako tafelwein, bardzo bogaty, o tokajskiej, lecz świetnie zrównoważonej kwasowości, a przy tym granitowo mineralny. Niestety, przy 36€ za półbutelkę nie było nas stać... Właśnie, tutejsze wina są bardzo drogie. Poniżej 10€ nie ma nic, podstawowe wina od dobrych producentów kosztują w granicach 13-15€, a te (teoretycznie) lepsze – 20€ i więcej.
Winoteki.
Wydaje się nam, że dobrym miejscem zakupowym są sami producenci. Mają swoje sklepiki, a ceny w nich są relatywnie najlepsze. W winotece Schloss Wackerbarth, prócz miejscowych produktów, jest niezły wybór innych saksońskich win. Jeśli ktoś chce mieć wszystko w jednym miejscu, powinien wstąpić do Sächsische Vinothek, tuż przy Kościele Mariackim. Wina od niemal wszystkich producentów regionu, w szerokim wyborze, również starsze roczniki. Prócz win inne produkty winopochodne: destylaty, likiery, octy. Możliwość degustacji na miejscu. Obsługa niezbyt zorientowana, trafiliśmy akurat na początkującą subiektkę. Niestety, wyraźnie drożej niż gdzie indziej. Całkiem dobrze w lokalne wina w przyzwoitych cenach jest też zaopatrzony miejscowy Karstadt, choć w większości bieżąca produkcja i duzi producenci (Proschwitz, Wackerbarth, spółdzielnia z Miśni).
Riesling to szczep w Saksonii wciąż ważny, nie tak jednak, jak w innych regionach kraju. Paradoksalnie, dzięki mrozoodporności, bywa jedyną owocującą odmianą, zwykle jednak potrzebuje dobrego rocznika, by w pełni dojrzeć. Riesling trocken sachsen 2008 ze Schloss Wackerbarth to wino, któremu niewiele można zarzucić. Lekko pikantne, z grejpfrutową kwasowością, bardziej mineralne niż owocowe, przypomina nieco rieslingi czeskie (nie przypadkiem; ten sam klimat, zbliżone tradycje). Prawie dobre+. Jak wspomnieliśmy, drogo – 13€ w firmowym sklepie, na mieście jeszcze drożej.
Tagi: niemcy
Jakaś klątwa ciąży na nas tej jesieni. Przyznać się, kto nam źle życzy? Niedomagaliśmy na zdrowiu, o degustacji wina nie mogło być więc mowy. Ani zmysły nie te, a i organizm ma poważniejsze wyzwania niż metabolizm alkoholu. Najgorsze jest to, że ile wydaje się, że już w porządku, już dobrze, to znowu coś dopada. Zwykle jeszcze gorsze… Tymczasem dopinamy plecaki, ruszamy na urlop (urlop na przełomie października i listopada? Tak, to jeszcze jeden element domniemanej klątwy) i modlimy się, byśmy go nie przechorowali. Może świeże, górskie pozwoli nam dojść do siebie?
Z tego wszystkiego nie napisaliśmy relacji z degustacji, która odbyła się trzy tygodnie temu w polskiej ekspozyturze Rządu Światowego przy ulicy Czerskiej, a organizowanej przez jednego z największych – jeśli nie największego – polskich importerów (widzicie, jak się to wszystko zazębia?) – Centrum Wina. Sporo notek z pokazywanych tam win można znaleźć na zaprzyjaźnionej witrynie, nie będziemy więc skupiać się na szczegółach. Wiemy w każdym razie, dlaczego kupujemy tam tak niewiele wina, nie sądzimy, byśmy mieli kupować więcej (znaleźliśmy tam dosłownie kilka butelek, które chcielibyśmy sobie sprawić, a i to nie z pierwszym priorytetem), a najmilej nam się z tego wszystkiego piło whisky Glenrothes.
Tymczasem jednak udało się kilku win spróbować, więc posłusznie meldujemy.
Kiedyż to ostatnio piliśmy carménère? Będzie z rok temu, a to przecież nasz – ongiś – ulubiony szczep. Kiedy więc dostaliśmy butelkę Santa Carolina carménère reserva rapel 2007, nie czekaliśmy długo na jej otwarcie. Pierwsze wrażenie mocno przeciętne, (za) dużo aromatów beczkowych, tosty, wanilia, karmel, w ustach też przedobrzone, typowy chilijczyk ze średniej półki. Na drugi dzień jednak znaczna poprawa, do głosu doszedł całkiem dobrej jakości owoc, w ustach pojawiła się przyjemna kwasowość, wino zaczęło być naprawdę pijalne. Dzięki tej przemianie możemy podnieść ocenę do dobrej-, no i po raz kolejny się przekonujemy, że warto winu dać sporo czasu.
Wspominaliśmy już o białym solaris z Winnicy Zbrodzice. Cóż, było nieudane, wręcz wadliwe, niemniej jednak daliśmy szansę czerwonemu winu tego producenta. Herbowe regent świętokrzyskie 2008 nie wypada dużo lepiej, ale jednak lepiej. W nosie sok z czerwonych buraczków, gorzkie wiśnie, wyczuwalne nuty pofermentacyjne, jednak nie odrzuca. W ustach dużo kwasu, trochę niezbyt dojrzałego owocu, jednak czysto i bez większych wad. Takie wina piliśmy na Morawach czy Słowacji dziesięć lat temu, a kosztowały 70 koron, nie 42 złote. Oby w następnych latach było lepiej (choć pewnie nie w roczniku 2009). Na razie dajemy do przyjęcia-. Noblesse oblige.
Książęta-opaci Murbach, jedni z prekursorów certyfikacji pochodzenia wina, użyczyli swojego tytułu podstawowej serii win Domaines Schlumberger. Les Princes Abbés riesling alsace 2005 może nie jest winem na opacki stół, ale pozostali ojcowie byliby zadowoleni. Wino jest bardzo… alzackie. Cytrusowo-mineralne, z wyczuwalnymi już akcentami nafty, mimo kilku gram cukru resztkowego praktycznie wytrawne, o mocnej, alkoholowo-kwasowej konstrukcji. Dobre, choć chyba jednak za drogie. 73 zł to sporo nawet jak na drogą Alzację.
Gdybyśmy wiedzieli, że emblematem Château Belgrave jest fretka, sięgnęlibyśmy po nie wcześniej. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze; dorwaliśmy w końcu dojrzałą już butelkę haut-médoc 1996 w niezłej cenie 110 zł. Wino rzeczywiście wykazuje oznaki sędziwości, jest niemal brunatne, a otoczka zupełnie ceglasta. Nos rasowy i bardzo medocki: porzeczka i grafit, ale trochę śliwek, malin, a nawet kwiatów. W ustach dużo ewolucji; garbniki wytrącone, tworzące słodko-gorzką zawiesinę; wciąż jednak sporo owocu, akcenty nawet miodowe, do tego przyjemna kwasowość. Nie ma tu wielkiej finezji, ale to dobre+ wino. Nie ma jednak co dłużej czekać; pić już teraz. Ha, kolejne grand cru zaliczone!
Tagi: polska, francja, chile