Z kalendarza działkowca 2009-11-19 12:32:39

Nasz stosunek do biodynamiki jest dość chłodny. Choć jesteśmy zwolennikami rolnictwa ekologicznego i szanujemy tych rolników (nie tylko winogrodników), którzy nie ułatwiają sobie życia chemią, to większość zabiegów biodynamiki uważamy za voodoo. Z drugiej strony, cała ta magia nie musi przeszkadzać w robieniu dobrego wina; ciężka praca i troska włożona w prowadzenie winnicy mogą przynieść dobre rezultaty bez względu na mamrotane przy niej zaklęcia. Spotkanie loży biodynamice właśnie poświęcone potwierdziło tę tezę – nawet jeśli winom zdarzały się „techniczne” wady, były bez wyjątku autentyczne, szczere i interesujące.
Ciekawym zbiegiem okoliczności pojawiły się butelki najważniejszych klasyków biodynamiki: Guya Bossarda (kamienno-cytrusowe Domaine de l'Ecu Expression de Orthogneiss muscadet-sévre-et-maine 2005), Leona Barrala (pięknie owocowe, gęste, nieco dzikie Jadis faugères 2006, dla nas nr 1 wieczoru) i opisanego poniżej Nicholasa Joly’ego. Z biodynamicznej konfraterni byli jeszcze producenci jednego z dwóch zaledwie próbowanych niefrancuskich win, cerasuolo di vittoria classico 2006 z posiadłości COS, eleganckiego, soczyście owocowego, lecz rozczarowującego nieco gorzką końcówką oraz MonTirius Le Clos vacqueyras 2004, niestety krótkiego i suchego mimo obiecującego początku.
Organiczna, tudzież ekologiczna, była druga połowa butelek. Szczera, chłopska (w dobrym znaczeniu tego słowa) Domaine de Torraccia corse-portovecchio 2006, modernistyczna, nastawiona na szybką przyjemność Domaine Richeaume Cuvée Tradition côtes de provence 2006, znana z poprzednich roczników, kapryśna, nieco zielona Domaine Faillenc Sainte Marie corbières 2006, równie znana i lubiana, acz mniej kontrowersyjna, wesoła Domaine des Sablonnettes Les Beaux Vins anjou 2006 oraz drugi nie-Francuz (choć prawie…), Henry of Pelham merlot reserve niagara peninsula 2004, gęsta, tłusta, o rustykalnych aromatach.

To wino jako pierwsze przyszło nam do głowy na hasło „biodynamika”, poszliśmy więc tropem tego oczywistego skojarzenia. Ku naszemu zdziwieniu (i uldze) tylko my je przynieśliśmy, choć z drugiej strony, inny rocznik lub cuvée byłyby pouczające. Savennières 2003, podstawowe wino Nicholasa Joly’ego z nietypowego, gorącego rocznika mogło wysypać się na nadmiernym przegrzaniu czy braku kwasowości, tak jednak się nie stało. Co prawda w nosie dominują nuty cukiernicze, słodkiego kołacza, nawet waty cukrowej, różanego kwiatu, jednak wino ani trochę nie jest rozmemłane. Usta łączą słodycz owocu z mineralnością, kwasowość jest dyskretna, lecz obecna, a mandarynkowy finisz jest fantastycznie długi. Nie jest to wino perfekcyjne, lecz za nowe, odmienne wrażenia dajemy bardzo dobre i wcale nie po to, by sobie zracjonalizować wydatek 93 zł.

Trudno w to uwierzyć, ale to dopiero nasz pierwszy porządny burgund. I w sumie sami nie wiemy, co o nim myśleć. Z pewnością Cuvée Blondeau volnay premier cru 2001, zrobione dla Hospices de Beaune przez Maison Chausseron pachnie pięknie. Czego tam nie ma: maliny, czereśnie, głóg, nuty lasu, akcenty kwiatowe i przyprawowe. Można siedzieć w nosem w kieliszku godzinami. W końcu jednak trzeba wino wypić, i tu już nie jest tak łatwo. Dość kościste, mocno garbnikowe, ze sporą kwasowością, na pewno bardzo porządne, ale nie znaleźliśmy tu złożoności sugerowanej przez bukiet, ani jakiejś szczególnej finezji. Solidne, dobre, może nawet bardzo dobre- wino, 87 zł kieszeni aż tak nie drenuje, ale chyba jeszcze mamy czas na wizyty w Burgundii.

Tagi: francja, bzik

skomentuj (0)

Gänsedieb 2009-11-11 22:51:59

Tegoroczny dzień św. Marcina obeszliśmy bez nowego wina z bieżącego rocznika. Jakoś nie chce się nam kupować takich wynalazków, podczas gdy na wypicie czeka tyle lepszych butelek. Z przyjemnością za to obserwujemy, jak podczas podobnych imprez z naszymi przyjaciółmi znika coraz więcej butelek, i to z coraz większym zainteresowaniem. Nawet to trochę nas zaskoczyło, bo przygotowaliśmy tylko jedną, i trzeba było sięgać po kolejne, ale to bardzo satysfakcjonujące zaskoczenie było…

O tym, jak dobrymi winami bywają niemieckie gutsweiny od czołowych producentów pisaliśmy już tyle razy, że aż sami się dziwimy, że jeszcze chce się nam to powtarzać. Ale nie sposób nie powtarzać, gdy pije się takie wina jak Butterfly riesling mosel-saar-ruwer 2006 z Weingut Gelz Zilliken. Typowe aromaty mozelskiego rieslinga: nafta, egzotyczne owoce, w ustach dużo soczystej, wesołej kwasowości, dla osłody nieco cukru resztkowego (mniej jednak, niż w typowym tutejszym kabinecie). Dobre, choć mogłoby być więcej; co nas jednak trochę dziwi – wino traci już świeżość, w końcówce pojawia się nieprzyjemna goryczka, chyba trzeba się już rozejrzeć za nowszym rocznikiem. Ten zaś kosztował 60 zł za litrową butelkę.

Teraz, jak się można spodziewać, coś z Saksonii. Spółdzielnia w Miśni to największy producent regionu: kontroluje ponad jedną trzecią powierzchni winnic (164 ha) i zrzesza aż 1800 (!) członków. Nic dziwnego, że to jej wina są najpowszechniej dostępne na miejscu. Butelkę Bereich Meissen müller-thurgau halbtrocken sachsen 2008 złapaliśmy tuż przed wyjazdem, z przeznaczeniem na suwenir. Upominek został jednak szybko rozpity – może bez zachwytów, ale i bez narzekania. Typowa millerka – lekko muszkatowa, aromatyczna, mocno owocowa, pikantna, bez wyraźnej kwasowości, gorzkawa w króciutkim finiszu. Prawie dobre i oczywiście nietanie – 11 €.

I na koniec wesołe, młode, dobre- wino: Passione langhe 2008 od Gian Piero Marrone, kupaż trzech klasycznych piemonckich odmian. Dużo owocu, porzeczki, jagody, czekolada, w sam raz beczki, łagodne, ale nie nudne, idealne do imprezowego popijania. 34 zł to wcale rozsądne pieniądze.

Tagi: niemcy, włochy

skomentuj (1)

Realm of the Senses 2009-11-10 12:37:49

No i po wakacjach. Trochę zmarzliśmy, na pewno odpoczęliśmy, wszelkie plany zrealizowaliśmy. Wszystkich wrażeń z Drezna nie opiszemy (choć kilka zdjęć można zobaczyć tutaj), bo to nie blog podróżniczy, ale i o aspekcie enoturystycznym jest co pisać. Wszak dolina Łaby to centrum winiarskiego regionu Saksonia, jednego z najmniejszych i najbardziej na północ leżących europejskich regionów winnych.
Winnice.
Jedno słowo – piękne. Zwiedziliśmy leżące poniżej Drezna, w Radebeul (zdjęcia) - einzellage Radebeuler Johannisberg - oraz powyżej, w Pillnitz (zdjęcia) - Pillnitzer Königlicher Weinberg. Strome stoki, o wspaniałej, południowej i południowo-zachodniej wystawie, pocięte kamiennymi tarasami, usiane niezliczoną ilością kaplic, dworków, piwniczek, belwederków i altan. Winne krzewy walczące o słońce, posadzone w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach. Poniżej – urocze miasteczka z wypielęgnowanymi domkami i ogródkami, jakby zupełnie niepamiętające ponurych, dedeerowskich czasów.
Winiarnie.
Byliśmy w dwóch. Obie zaliczają się do czołówki, ale różnią się jak dzień od nocy. Schloss Wackerbarth to duża, państwowa wytwórnia, gospodarująca na 90 ha. Ultranowoczesny budynek nowej przetwórni, drewno, szkło i stal, przepływ półproduktów, zgodnie z obowiązującą modą, tylko grawitacyjny, lśniące zbiorniki fermentacyjne z automatyczną kontrolą temperatury. Z drugiej strony – Beerenauslese fermentowane w starych, dobrych, szklanych gąsiorach (na oko wszsytkiego z 50l, cały roczny urobek), wina musujące do dégorgement obracane ręcznie w drewnianych paletach. Podobno puszczają im Mozarta, tak przynajmniej mówił oprowadzający (on ani słowa po angielsku, nasz niemiecki na poziomie tureckiego bazaru, więc nie mogliśmy go przycisnąć). Klaus Zimmerling z kolei ma zaledwie cztery hektary. Owoce wyciska w dwóch prasach koszowej (w tym jednej ręcznej, jak za króla Ćwieczka), fermentuje w kilku stalowych kadziach, z temperaturą sterowaną „na oko” przez polewanie wodą ze szlaucha. Za to piwnicy strzegą rzeźby Małgorzaty Chodakowskiej, artystki rodem z Łodzi, żony pana Klausa. Fotografie jej prac zdobią również butelki tutejszego wina – inna w każdym roczniku.
Wina.
Spodziewaliśmy się win cienkich, kwaśnych, zielonych. Zaskoczyła nas dojrzałość owocu, równowaga i mineralny, północny chłód zamiast nadmiernej kwasowości. Jeśli mielibyśmy dla tych win znaleźć wspólny mianownik, byłaby nim ich „powietrzność”, wrażenie przestrzeni rozciągającej się między mineralnością, a delikatną owocowością. Burgundery rozpoznawalne, rieslingi w typie „chłodnym:, bardziej kwiatowo-mineralnym, delikatnym, traminery bez orientalnej perfumy, świeże, źródlane, lekko muszkatowe. Wielkie wrażenie wywarł dla nas riesling „BA” Zimmerlinga, klasyfikowany jako tafelwein, bardzo bogaty, o tokajskiej, lecz świetnie zrównoważonej kwasowości, a przy tym granitowo mineralny. Niestety, przy 36€ za półbutelkę nie było nas stać... Właśnie, tutejsze wina są bardzo drogie. Poniżej 10€ nie ma nic, podstawowe wina od dobrych producentów kosztują w granicach 13-15€, a te (teoretycznie) lepsze – 20€ i więcej.
Winoteki.
Wydaje się nam, że dobrym miejscem zakupowym są sami producenci. Mają swoje sklepiki, a ceny w nich są relatywnie najlepsze. W winotece Schloss Wackerbarth, prócz miejscowych produktów, jest niezły wybór innych saksońskich win. Jeśli ktoś chce mieć wszystko w jednym miejscu, powinien wstąpić do Sächsische Vinothek, tuż przy Kościele Mariackim. Wina od niemal wszystkich producentów regionu, w szerokim wyborze, również starsze roczniki. Prócz win inne produkty winopochodne: destylaty, likiery, octy. Możliwość degustacji na miejscu. Obsługa niezbyt zorientowana, trafiliśmy akurat na początkującą subiektkę. Niestety, wyraźnie drożej niż gdzie indziej. Całkiem dobrze w lokalne wina w przyzwoitych cenach jest też zaopatrzony miejscowy Karstadt, choć w większości bieżąca produkcja i duzi producenci (Proschwitz, Wackerbarth, spółdzielnia z Miśni).

Riesling to szczep w Saksonii wciąż ważny, nie tak jednak, jak w innych regionach kraju. Paradoksalnie, dzięki mrozoodporności, bywa jedyną owocującą odmianą, zwykle jednak potrzebuje dobrego rocznika, by w pełni dojrzeć. Riesling trocken sachsen 2008 ze Schloss Wackerbarth to wino, któremu niewiele można zarzucić. Lekko pikantne, z grejpfrutową kwasowością, bardziej mineralne niż owocowe, przypomina nieco rieslingi czeskie (nie przypadkiem; ten sam klimat, zbliżone tradycje). Prawie dobre+. Jak wspomnieliśmy, drogo – 13€ w firmowym sklepie, na mieście jeszcze drożej.

Tagi: niemcy

skomentuj (0)

I urok, i sraczka 2009-10-24 23:53:39

Jakaś klątwa ciąży na nas tej jesieni. Przyznać się, kto nam źle życzy? Niedomagaliśmy na zdrowiu, o degustacji wina nie mogło być więc mowy. Ani zmysły nie te, a i organizm ma poważniejsze wyzwania niż metabolizm alkoholu. Najgorsze jest to, że ile wydaje się, że już w porządku, już dobrze, to znowu coś dopada. Zwykle jeszcze gorsze… Tymczasem dopinamy plecaki, ruszamy na urlop (urlop na przełomie października i listopada? Tak, to jeszcze jeden element domniemanej klątwy) i modlimy się, byśmy go nie przechorowali. Może świeże, górskie pozwoli nam dojść do siebie?
Z tego wszystkiego nie napisaliśmy relacji z degustacji, która odbyła się trzy tygodnie temu w polskiej ekspozyturze Rządu Światowego przy ulicy Czerskiej, a organizowanej przez jednego z największych – jeśli nie największego – polskich importerów (widzicie, jak się to wszystko zazębia?) – Centrum Wina. Sporo notek z pokazywanych tam win można znaleźć na zaprzyjaźnionej witrynie, nie będziemy więc skupiać się na szczegółach. Wiemy w każdym razie, dlaczego kupujemy tam tak niewiele wina, nie sądzimy, byśmy mieli kupować więcej (znaleźliśmy tam dosłownie kilka butelek, które chcielibyśmy sobie sprawić, a i to nie z pierwszym priorytetem), a najmilej nam się z tego wszystkiego piło whisky Glenrothes.
Tymczasem jednak udało się kilku win spróbować, więc posłusznie meldujemy.

Kiedyż to ostatnio piliśmy carménère? Będzie z rok temu, a to przecież nasz – ongiś – ulubiony szczep. Kiedy więc dostaliśmy butelkę Santa Carolina carménère reserva rapel 2007, nie czekaliśmy długo na jej otwarcie. Pierwsze wrażenie mocno przeciętne, (za) dużo aromatów beczkowych, tosty, wanilia, karmel, w ustach też przedobrzone, typowy chilijczyk ze średniej półki. Na drugi dzień jednak znaczna poprawa, do głosu doszedł całkiem dobrej jakości owoc, w ustach pojawiła się przyjemna kwasowość, wino zaczęło być naprawdę pijalne. Dzięki tej przemianie możemy podnieść ocenę do dobrej-, no i po raz kolejny się przekonujemy, że warto winu dać sporo czasu.

Wspominaliśmy już o białym solaris z Winnicy Zbrodzice. Cóż, było nieudane, wręcz wadliwe, niemniej jednak daliśmy szansę czerwonemu winu tego producenta. Herbowe regent świętokrzyskie 2008 nie wypada dużo lepiej, ale jednak lepiej. W nosie sok z czerwonych buraczków, gorzkie wiśnie, wyczuwalne nuty pofermentacyjne, jednak nie odrzuca. W ustach dużo kwasu, trochę niezbyt dojrzałego owocu, jednak czysto i bez większych wad. Takie wina piliśmy na Morawach czy Słowacji dziesięć lat temu, a kosztowały 70 koron, nie 42 złote. Oby w następnych latach było lepiej (choć pewnie nie w roczniku 2009). Na razie dajemy do przyjęcia-. Noblesse oblige.

Książęta-opaci Murbach, jedni z prekursorów certyfikacji pochodzenia wina, użyczyli swojego tytułu podstawowej serii win Domaines Schlumberger. Les Princes Abbés riesling alsace 2005 może nie jest winem na opacki stół, ale pozostali ojcowie byliby zadowoleni. Wino jest bardzo… alzackie. Cytrusowo-mineralne, z wyczuwalnymi już akcentami nafty, mimo kilku gram cukru resztkowego praktycznie wytrawne, o mocnej, alkoholowo-kwasowej konstrukcji. Dobre, choć chyba jednak za drogie. 73 zł to sporo nawet jak na drogą Alzację.

Gdybyśmy wiedzieli, że emblematem Château Belgrave jest fretka, sięgnęlibyśmy po nie wcześniej. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze; dorwaliśmy w końcu dojrzałą już butelkę haut-médoc 1996 w niezłej cenie 110 zł. Wino rzeczywiście wykazuje oznaki sędziwości, jest niemal brunatne, a otoczka zupełnie ceglasta. Nos rasowy i bardzo medocki: porzeczka i grafit, ale trochę śliwek, malin, a nawet kwiatów. W ustach dużo ewolucji; garbniki wytrącone, tworzące słodko-gorzką zawiesinę; wciąż jednak sporo owocu, akcenty nawet miodowe, do tego przyjemna kwasowość. Nie ma tu wielkiej finezji, ale to dobre+ wino. Nie ma jednak co dłużej czekać; pić już teraz. Ha, kolejne grand cru zaliczone!

Tagi: polska, francja, chile

skomentuj (0)

Kolacja mistrzów 2009-10-02 23:36:42

Jakiś czas temu internetowy sklep i jednocześnie importer 101 Win postanowił się zmaterializować, i kupił sobie na Mokotowie knajpkę. Zgodnie z szalejącą ostatnio po stolycy modą zmienił jej profil na winiarnię; na półkach stoi spora część butelek z oferty, które na miejscu można wypić dopłacając niewysokie korkowe. Tam też odbywa się cykl degustacji pod hasłem „Mistrzowskie poniedziałki”; w niewielkim gronie próbuje się kilku topowych butelek z portfolio importera. Impreza podobno jest „składkowa”, choć Prezes nazwałby to „nadużyciem semantycznym”; wartość (nawet liczona wg cen półkowych) otwieranych butelek nie przekracza połowy sumy „składek”, czy po prostu opłaty. Nawet jednak te wątpliwości nie powstrzymały nas przed przyjściem na ostatnie spotkanie – spotkanie z najwybitniejszymi winiarzami znad Mozeli i Saary.

Zaczęło się od przedstawiciela nowej niemieckiej fali, Reinharda Löwensteina znad dolnej Mozeli. Jego styl już poznaliśmy pijąc podstawowe (pamiętajmy jednak, że tu skala jakości zaczyna się tam, gdzie innym się już kończy) wino Schieferterrassen. Röttgen grosses gewächs riesling mosel-saar-ruwer 2005 miało bardzo podobny charakter; do klasycznych aromatów mozelskiego rieslinga dochodzą nuty świeżego siana i ziół, w ustach kwasowość dość wycofana, zauważa się przede wszystkim mineralność, strukturę i bogactwo formy. W stosunku do wspomnianego wina podstawowego jeszcze więcej precyzji i finezji; czy jednak tyle, by uzasadnić dwukrotnie wyższą cenę?
Potem zderzenie z mitem, najdroższym winiarzem Niemiec, samym Egonem Müllerem. Wiltinger Braune Kupp riesling spätlese mosel-saar-ruwer 2002 z jego drugiej posiadłości Le Gallais wzbudziło pewne wątpliwości. Ci, którzy spodziewali się eksplozji zmysłowy wrażeń, zawiedli się dostając wino, owszem, o idealnej równowadze, o kwasowości, słodyczy i owocu stopionych w niepoddającą się analizie, jednorodną całość, jednak wycofane, mało ekspresyjne, lekkie. Nam się podobało i z pewnością unikniemy rozczarowanie, kupując sobie kiedyś własną butelkę od Profesora. Wiemy, czego się spodziewać.
Następnie przyszedł czas nie na mit już, a prawdziwą legendę, Joh. Jos. Prüma, króla środkowej, „klasycznej” Mozeli. Graacher Himmelreich riesling auslese mosel-saar-ruwer 1996 dopiero co wyrosło z siarczynowych pieluch i weszło w wiek młodzieńczy. W bukiecie w nieprawdopodobny sposób łączą się słodkie nuty miodu i dojrzałych brzoskwiń ze skalnym podłożem. Usta równie niezwykłe, rozpoczynające się od świeżego, cytrynowego kwasu, przez stonowaną, klasową słodycz prowadzące do mineralnego finiszu. Bardzo soczyste, młode, pełne wigoru. Fantastyczne.
Niejako po za konkursem wystąpiło wino bardzo młode i od młodego winiarza, Thomasa Haaga z dynastii konkurującej z Prümami o miano numeru jeden nad środkową Mozelą. Lieser Niederberg Helden riesling auslese goldkapsel mosel 2007 już piliśmy. Tym razem wypadło nieco lepiej, choć w nosie dominują głównie nuty cukiernicze, lukier, anżelika, a w ustach cukier i kwas przechodzą obok siebie nawet się sobie nie kłaniając. Mimo to, będzie z tego wino, i to nie byle jakie. Wystarczy poczekać z dziesięć lat…

Od jakiegoś czasu chodzą za nami burgundy, wina, o których niemal nic nie wiemy i które znamy bardzo wyrywkowo. Mamy nadzieję, że pogłębimy naszą wiedzę. Na razie poprzestajemy na najprostszym z burgundów, bourgogne passetoutgrain 2007, bastardzim kupażu pinot noir i gamay. Redaktorom Magazynu Wino butelka z Domaine Taupenot-Merme bardzo się podobała, my jesteśmy mniej zachwyceni. Ot, prosty burgund, trochę wiśni, trochę zwierzęcej sierści, dużo, dużo kwasu, nieco garbników i owocu. Dla nas po prostu dobre-, przy czterdziestu kilku złotych tylko dla miłośników tych klimatów.

W przypadku shiraz barossa 2007, produkcji St. Hallett dla Marksa&Spencera za to zgadzamy się z redaktorem Magazynu. Faktycznie, za 43 zł (lub mniej, jak trafi się w promocję) dostajemy klasycznego (w dobrym tego słowa znaczeniu), soczystego Australijczyka z mnóstwem owocu, korzenno-czekoladowym posmakiem i naprawdę porządną kwasowością (7g/l). Jeśli chce się od czasu do czasu ponurzać w nowoświatowej rozpuście, to jest to dobry+ wybór.

Tagi: francja, australia, degustacje

skomentuj (0)

Północ Południe 2009-09-27 23:30:59

Znaczna część przyjaciół i znajomych na emigracji jest udziałem sporej części naszego pokolenia. Te wyjazdy „do Irlandii” w połowie dekady stały się epidemią; napisano o tym już dziesiątki uczonych rozpraw i artykułów. Równie ciekawe jest też to, co zmieniło się u tych, którzy zostali; jak podtrzymuje się znajomości, a jak zapełnia się luki, które zostały. Nam zdarzyło się coś ciekawego: pod nieobecność pewnej zaprzyjaźnionej pary, przyszło nam się spotykać z ich.. rodzicami (tudzież teściami, zależy jak na to spojrzeć). Szczególne doświadczenie, bo rzadko przychodzi nawiązywać kontakty w płaszczyźnie czysto towarzyskiej, a nie służbowej czy rodzinnej, z osobami z innej generacji. I szczególne wyzwania to rodzi; kwestia odmiennych kodów, doświadczeń, wręcz języków. Na szczęście z tematami nie było problemów, zamiłowanie do wina i podróży dostarcza ich aż w nadmiarze. Bardzośmy ciekawi, co się utka z tej nici porozumienia; na pewno też nie omieszkamy o tym napisać.
Wrześniowe spotkanie loży rozbite było na dwa terminy. O pierwszym napisaliśmy, na drugim było tylko jedno z nas, stąd nie będzie tradycyjnej, pełnej relacji. Co nie znaczy, że spotkanie było nieudane – wręcz przeciwnie, było niezwykle pouczające. Kto by na przykład wiedział o marsannay 2006 (Domaine Fougeray de Beauclair), białym burgundzie z… pinot gris (zwanym tu pinot beurot; więcej o burgundzkich odmianach tu)? A więc, można i nie tylko z chardonnay. Ciekawostką był też pedro ximenez zrobiony na wytrawnie, i to w Prioracie: Odysseus 2007 z Viñedos de Ithaca; jedno z tych win, w których nie można poznać szczepu, a gdy już się go pozna, woła się „no przecież!” klepiąc się w czoło. Jabłko, kreda, kwas, struktura – sherry, tylko bez drożdży i utlenienia. Stresującym z kolei doświadczeniem jest siedzenie nad kieliszkiem wina, które wszyscy wokół obwołują świetnym, czy wręcz wybitnym, a samemu czuje się tylko ocet jabłkowy – tak było z Donà Blanc mitterberg weiss 2004 Hartmanna Donà (winemaker Kellerei Terlan robi po godzinach własne wina). Wątpliwości za to nie było przy Kessler pinot gris alsace grand cru 2006 z Domaine Dirler-Cadé, wina kapiącego wręcz dojrzałością owocu, a przy tym niezwykle uporządkowanego, o pięknej strukturze właściwej najlepszym alzackim tokayom (ups!). No i w końcu przedsmak następnego spotkania, czyli rosso di montalcino 2006 Lisini, truskawki w śmietanie, półka z przyprawami, świetne garbniki i włoska elegancja.

Nasza butelka nawiązywała bezpośrednio do poprzedniego spotkania. MC weissburgunder pfalz 2007, pochodzący z klasycznej palatynackiej posiadłości, Müller-Catoir, to zaledwie gutswein, ale i tak dobry-. W nosie kwiaty, jabłka, agrest, trochę kamienia, dużo kwasu, dużo świeżości, pikantny finisz, wino zadziorne, rozczochrane, ale bardzo sympatyczne. Ciekawi jesteśmy, jak przekłada się to na styl posiadłości; pewnie po prostu sprawdzimy. Do dostania za 42 zł.

Z Palatynatu mamy rzut beretem do dwóch regionów i dwóch świetnych win. Krok na południe mamy Alzację i sylvaner wieilles vignes alsace 2007 od Jean-Louisa Manna, winiarza doświadczonego, choć na własną rękę działającego od niedawna. Bukiet typowy dla odmiany, z nutami trawy i ziół akcentującymi dojrzałe cytrusy, w ustach zaś prawdziwy koncert. Wino świetnie zbalansowane, niepozbawione pewnej wagi, jednak świeżości niemal mozelskiej, odrobina cukru resztkowego podkreśla tylko mineralną strukturę wina. Bardzo dobre, polecamy nie tylko my, zapłaciliśmy 54 zł, warto.

W drugą stronę skaczemy do Hesji, gdzie mamy Quinterra silvaner trocken rheinhessen 2006 z Weingut Kühling-Gillot, i znowu pokaz możliwości tego niezbyt wszak poważanego szczepu. Niesamowity, pylasty nos, kojarzący się z zasypką dla niemowląt, świeżym ciastem drożdżowym, jodyną, do tego dużo owoców, brzoskwini, gruszek. Usta bardziej wytrawne niż u alzackiego krewniaka, chrupkie, soczyste, owocowe, a jednocześnie mineralne. Bardzo dobre- i tylko 41 zł.

Tagi: francja, niemcy, bzik

skomentuj (0)

Pinot blady pinot 2009-09-20 12:47:27

Czasem pod obrady loży trafiają tematy banalne, poświęcone konkretnym odmianom. Tym razem były to jasne pinoty – blanc i gris. Wrodzony jednak duch anarchii sprawił, że tylko połowa butelek była na temat, niemniej – było ciekawie. Zaczęło się od seyval blanc podkarpacie 2007 państwa Płochockich. Też blanc, ale na pewno nie pinot – oparte na kwasowości, kwiatowe zapachu potwierdzało klasę czołowej polskiej winnicy. Inne blanc-nie-pinot to De La Tour sauvignon blanc collio 2007 ze słynnej Villa Rusiz. Niestety, jedno z większych rozczarowań, wino zielone, zamknięte, duszne. Pod pinota miało się podszyć Aidani assyrtiko santorini 2006 od Chatzidakisa. Niestety, butelka okazała się trafiona (winom organicznym łatwiej się popsuć), ale i tak po tym co zostało znać było klasę. Pinota zupełnie już nie udawało Ceregio sangiovese di romagna superiore 2006 z Zerbiny – przyjemne, proste sangiovese do powszedniego picia.
Były i prawdziwe pinoty. Gola Ernte pinot gris südsteiermark 2007 z Weingut Wohlmuth, bardzo świeże, jasne, aromatyczne. Super. Pojawiło się też dopiero co pite przez nas pinot blanc alsace 2007 z Meyer-Fonné; jednak wszystko wskazuje na to, że to wino już apogeum formy ma za sobą, zabrakło mu nerwu i świeżości. Wrażenia te same co ostatnio. I na koniec Zinnkœpflé pinot gris alsace grand cru 2007 Agathy Bursin; zauważalnie lepsze od jej podstawowego PG, z ładną strukturą, słoną mineralnością i nawet niezbędną odrobiną kwasu.

Pierwszym naszym pinotem był sivi pinot goriška brda 2005 Marjana Simčiča, wino – jak na tę okolicę przystało – dziwne, gęste, śmietanowe, mineralne, kwasowe, lekko utlenione, ze znamionami długiego dojrzewania na osadzie. Takim winom trzeba dać czas, zanadto go nie mieliśmy, więc trochę intuicyjnie stawiamy dobry. Kupione na wyprzedaży za niecałe 30 zł.

Drugi to Côtes de Grevenmacher pinot gris moselle luxembourgeoise 2007 od lokalnego potentata (jak to brzmi!) Bernard-Massarda. Pozytywne zaskoczenie dla wszystkich chyba uczestników degustacji – bardzo czyste, przestrzenne, optymistyczne wino o egzotycznych, lekko cukierkowych aromatach, z dobrą kwasowością, odrobinką cukru resztkowego, na pewno bardziej niemieckie niż francuskie. A może po prostu luksemburskie. Dobre+, 55 zł – niezła cena za odrobinę egzotyki.

Château Pillebois Vieilles Vignes côtes de castillon 2003 pachniał medokiem, choć to prawie st-emilion – czarną porzeczką i tostami. Gęste, dobry owoc, przeszkadza lekko gorzka końcówka i nieco odstająca beczka. 54 zł, piliśmy już lepsze borówki w tej cenie, ale nie jest źle. Powiedzmy – dobre-.

I jeszcze coś słodkiego znad Mozeli - Piesporter Goldtröpfchen riesling auslese mosel 2005 z dobrze z tych łamów znanej posiadłości Reuscher-Haart. W nosie dużo charakterystycznej dla tej parceli egzotyki, do tego klasyczne cytrusy i nafta, usta bardzo słodkie, równowaga niezła, ale bez szczególnej finezji. 60 zł za dobre- auslese to niezłe pieniądze, ale prawdziwe skarby leżą na nieco wyższej półce.

Tagi: francja, niemcy, bzik, słowenia, luksemburg

skomentuj (2)

Na ulicach Babilonu... 2009-09-07 23:24:05

Jak fajną rzeczą jest cywilizacja, najlepiej można się przekonać, gdy straci się jej zdobycze. W naszej kamienicy trwa wymiana instalacji gazowej. Przez półtora tygodnia pozbawieni jesteśmy kuchni i ciepłej wody. Ani się wykąpać, ani ugotować czegoś sensownego. Nie mówiąc o tym, że po panach fachowcach trzeba będzie posprzątać, i to dwa razy. Najpierw po gazownikach, potem po malarzach, którzy podobno mają przywrócić stan pierwotny. Pozytywny wymiar sprawy jest taki, że częściej jeździmy do rodziny. Rodzina ma ciepłą wodę. Remont zbliża ludzi (dobry slogan dla firmy budowlanej?)
Skoro o remontach mowa, to dzielnica właśnie zakończyła przetarg na remont przedszkola, do którego Licho miało chodzić. Remont przedszkola we wrześniu to genialny pomysł, więc placówka nie funkcjonuje, a dzieci (te przynajmniej, których rodzice nie mają alternatywy) porozrzucane są po okolicznych przedszkolach i poupychane w wolnych pomieszczeniach. Stąd Licho swą przedszkolną edukację zaczęło na sali gimnastycznej. Ciekawe, czy to coś zwiastuje…

Jesteśmy dla sklepów winiarskich okropnymi klientami. Kręcimy się między półkami godzinę, macamy butelka po butelce, pytamy, kręcimy nosem, a na koniec kupujemy jedną flaszkę za trzy dychy. Mamy jednak słabe punkty, a w jeden z nich trafił sprzedawca, pokazując nam Sum (2006), wino z endemicznego apulijskiego szczepu sussumaniello, rzadkiego i zanikającego. Producentem jest Torre Guaceto w ramach projektu Racemi, mającego nadać blasku lokalnemu winiarstwu. Butelka znalazła się przy kasie w mgnieniu oka. Na szczęście okazało się, że było warto. Ciemne, pachnące leśnymi owocami (dzikie wiśnie, maliny, jeżyny, tarnina), nieco korzenne, mineralne, dystyngowane i wysmukłe. Bez dwóch zdań, bardzo dobre, no i niedrogie – 49 zł.

O Domaine Meyer-Fonné wspominaliśmy już w kontekście alzackich degustacji. Teraz mogliśmy zapoznać się z ich winami (choć tymi z podstawowej gamy) na spokojnie i z bliska. Gentil alsace 2007 wywarł na nas zupełnie dobre+ wrażenie. Świeżość pinot blanc, zachęcające aromaty muscata i gewurza, a do tego szczypta rieslingowej mineralności – świetnie dobrane zestawienie i czysta przyjemność picia za 40 zł.

Pinot blanc alsace 2007 tego samego producenta jako solista nie wypadł już tak dobrze. Bardzo to nas zdziwiło, bo to wino na ubiegłorocznej degustacji zachwyciło nie tylko nas. Tym razem wypadło zaledwie poprawnie, powiedzmy – prawie dobre+. Lekkie, delikatne, owocowe, porządnie zrobione, ale bez tej cudownej, krynicznej świeżości, która utkwiła nam w pamięci. Ciekawe, kto był w słabszej formie, wino czy my. 37 zł, może ktoś sprawdzi.

Po znakach zapytania przy rieslingu, pinot gris dolny śląsk 2008 z Winnic Jaworek przywraca zaufanie do największego polskiego producenta. Jak na tę odmianę lekkie, umiarkowanie aromatyczne (głównie jabłka, trochę owoców egzotycznych), całkiem świeże, dobra równowaga, cukier w ryzach (mimo 14 g/l na liczniku). Oceniamy na dobre, może trochę na wyrost, ale to chyba najlepsze tegoroczne wino z miękińskiej winnicy. 45 zł, oczywiście za drogo, oczywiście trzeba kupić (jak jeszcze się da).

Tagi: polska, francja, włochy

skomentuj (3)

Fin de siècle 2009-08-25 13:33:55

Minęła już niemal dekada nowego stulecia. W świecie wina wydarzyło się niemało, Loża jednak postanowiła tego wieczoru wybrać się w przeszłość, do minionego wieku. Co rzadkość, dyscyplina była pełna, piliśmy wina od rocznika 1977 (skądinąd dla nas istotnego) do przełomowego 2000. Największe wrażenie zrobiło właśnie portugalskie Unilar Reserva 1977 z San Bonifacio. Może nie było to wino wybitne, lecz bardzo dobre zachowanie owocu i kwasowości budziło podziw. Lekka lotna kwasowość nie przeszkadzała, zresztą szybko się ulotniła. Naprawdę, bomba. Drugie co do starszeństwa, i naszej oceny, była rioja Coto de Imaz Gran Reserva 1987, świetnie się pijąca, dojrzała, poukładana, bez żadnych podejrzanych nut i zgrzytów. Rok 1995 reprezentowało amarone classico Bixio. Tu bez wzruszeń, nie ma widoków, gorzko i pusto. Rok 1996 to wytrawny tokaj samorodny Sajgó. Chyba ma już z górki, na pożegnanie została nam fajna, mineralna słoność. Rocznik 1999 to już pięć butelek, wśród których podkreślimy malvasię selezione carso Ediego Kante (lubimy takie nieoczywiste, zakręcone białe wina) i ładny, choć chyba trochę ongiś przedobrzony supertoskan Paleo. Château Olivier nie komentujemy, bo wiemy, na co je stać, gdy dać mu trochę czasu. Cuvée El Palomar z Abadia Retuerta i Maestro Raro z Fèlsiny pozostawiły niedosyt, brzmiały nam w nich jakieś fałszywe, gorzkie nuty, podobnie jak w Château Glorii (tu już wkraczamy w rok 2000), o pięknym bukiecie dojrzałego medoka, lecz z niefajną, metaliczną nutą na podniebieniu. Uwieńczeniem wieczoru był zaś Tokaji máslás Jánosa Árvaya, leciutki, zbalansowany, nie łomoczący w głowę szaloną fugą kwasu i słodyczy. Takie tokaje lubimy, znać tu rękę mistrza.

Nasza butelka łapała się ex aequo na czwarte miejsce według starszeństwa. Piesporter Domherr riesling kabinett mosel-saar-ruwer 1996 pochodzi ze słynnej, jeszcze rzymskiej winnicy, otoczonej równie słynną Goldtröpfchen. Obie parcele znane są z egzotycznego, barokowego charakteru zrodzonych z nich win. Nasz riesling był tego świetną ilustracją, w pierwszej chwili niektórzy wzięli go za gewurza; istotnie, bukiet bardzo bogaty, miodowy, egzotyczny, kwiatowy, szybko jednak pojawiają się ostrzejsze nuty cytrusowe i naftowe. W ustach soczyste, mocno owocowe, z wyraźną pigwową kwasowością i – co zgodnie zauważyli wszyscy degustatorzy – bardzo młode, właściwie bezczasowe. Producent, Reichsgraf von Kesselstatt to producent spoza ścisłej mozelskiej czołówki, samo wino też nie jest wielkie, ale za te zmysłowe przyjemności dajemy bardzo dobre. Cena na półce jednak niemała 125 zł, więc tylko dla tych, którzy chcą się przekonać, jak starzeje się riesling.

Dawno nie piliśmy nic z Czech, więc nadrabiamy. Nové Vinařství to wytwórnia, która zrywa z tradycją morawskiego winiarstwa. Wszystkie wina deklasuje do jakostních (odpowiednik niemieckiego Qualitätswein), choć na przykład nasz bohater powstał z owoców potencjalnie kwalifikujących się jako pozdní sběr (Spätlese). Nie unika kupażowania, zestawiając wina z różnych parceli i odmian. Promuje w końcu nowoczesne zamknięcia butelek, zakrętki i szklane zatyczki. Niektórzy krytycy twierdzą, że ich winom jeszcze nieco brakuje do krajowej czołówki; podkreśla się często ich bezosobowy, technologiczny charakter. Z tym zarzutem często się zgadzamy, morawski charakter często gdzieś ulatuje, nawet kwas inaczej smakuje. Niemniej jednak Cépage rulandské šedé mikulov 2007 to całkiem dobre wino. Niezbyt aromatyczne, za to całkiem dobrze zbudowane, mocno kwasowe (ponad 7 g), mineralne. Idealne przy stole, jak często wina z tej odmiany. Za 25 zł, a więc cenę jak z hipermarketu, jak najbardziej.

Wycieczka będzie dłuższa. Velké Bílovice Nová hora rulandské šedé pozdní sběr velké pavlovice 2007 od znanego nam już Petra Skoupila to stylowo zupełne przeciwstawieństwo poprzedniego wina. Kwasowość niższa, lecz bardziej typowa, oraz całkiem spora dawka cukru, formalnie kwalifikująca wino jako półsłodkie (13 g). W efekcie dostajemy wino pełne, gęste, lekko słodkie, lecz nie ospałe, o aromatach renklodowych i morelowych, z nutą mineralną. Jak alzaccy dalecy kuzyni, dobre do kuchni orientalnej i wymagającej wina solidnego. Dobre- i również tylko ok. 25 zł.

Tagi: niemcy, bzik, czechy

skomentuj (3)

Notka zastępcza 2009-08-04 23:21:46

Piszemy na kolanie, bo zaraz znikamy. Wokół piętrzą się kostiumy, rekwizyty, broń, a wszystko po to, by na tydzień przenieść się do Rashtraam, niezwykłej krainy gdzieś na Wschodzie. Prosimy o trzymanie za nas kciuków, bo w tym roku czeka nas szczególnie wielkie wyzwanie. Szczęśliwie dzięki mrówczej zapobiegliwości jesteśmy niemal gotowi, nie zwaliło się nam wszystko na ostatni moment, możemy więc kilka luźniejszych chwil poświęcić przyjaciołom – i winu.

Po raz pierwszy spróbowaliśmy Secano pinot noir leyda valley 2008, produkowanego dla Marksa & Spencera przez Viña Leyda na lożowej degustacji. Wtedy wydał się nam zupełnie przyzwoitym winem, a w swojej cenie (28 zł) wręcz dobrym+. Spokojna degustacja całej butelki wrażenie potwierdza. Mocno owocowe, z delikatną nutą zwierzęcą (jak na PN przystało), dojrzałe, lecz przyjemnie kwasowe. Można pić i pić, 14% alkoholu się nie czuje. Zresztą, podoba się nie tylko nam, srebrny medal Decantera to nie w kij dmuchał.

Muscadet sèvre et maine sur lie 2007 z Carrefoura to nasz standardowy zakup. Tę partię wyprodukował niejaki S. Branger, i sprawił się nieźle. Wino bardzo kwasowe, niemal mineralne, pachnące mirabelkami i woskiem, niepozbawione pewnego ciężaru. Odświeżające, świetne na tę pogodę, nieźle też sprawdzi się jako podstawa kiru. Tylko 19 zł, prawie dobre+.

Rieslingi są dumą Winnic Jaworek. Być może słusznie, ten rocznik, riesling dolny śląsk 2008, budzi jednak nasze wątpliwości. Pachnie nieźle, klasycznie, „rieslingowo”. W ustach jest gorzej. Owocu niewiele, to co jest sprawia wrażenie niedojrzałego, tego, co nazywamy mineralnością, niewiele, jest tylko kwas, kwas, kwas (a jak wiadomo stałym czytelnikom, próg tolerancji mamy naprawdę wysoki). Na czuja tak z 10g/l, cukru prawie wcale (producent tym razem nie podał danych analitycznych), wino jest przez to bardzo jednowymiarowe. Sprawdziło się nam przy stole, owszem, ale samodzielnie się nie broni. Może z czasem zyska, kto chce, niech próbuje. Na razie tylko prawie dobre-, 48 zł usprawiedliwione wyłącznie uczuciami patriotycznymi.

Tagi: polska, francja, chile

skomentuj (0)

Księga Gości