Kategorie

  • Brak kategorii

Koniec

Niektórzy ludzie, gdy zajmie ich jakaś dziedzina wiedzy czy umiejętności, oddają się jej bez reszty. Obkładają się książkami, pięć razy w tygodniu biegają na treningi, chcą wiedzieć i umieć więcej i więcej. Kiedy zaś czegoś się już dowiedzą i czegoś nauczą – zaczynają czuć Moc. Nie tylko uważają, że się już znają, ale i odczuwają głęboką potrzebę dzielenia się nabytą wiedzą z innymi z iście misjonarską żarliwością. Na własny użytek nazwaliśmy tę przypadłość Syndromem Średnio Zaawansowanego.

Sami zdecydowanie zaliczamy się do takich osób i jesteśmy na SŚZ podatni. Niniejszy blog jest rzecz jasna jego przejawem. Powstał ponad pięć lat temu. Przez te pięć lat zmieniło się nasze życie, co oczywiste, ale i nasza wiedza o winie. Na pewno nabraliśmy doń dystansu, chyba również nauczyliśmy się pokory. Akurat na tyle, by dojrzeć do decyzji o zawieszeniu, a być może zaprzestaniu blogowania.

Jak by powyższe nie brzmiało, nie jest tak, że się naszej pisaniny wstydzimy czy od niej odcinamy. Przeciwnie, uważamy ją za duży sukces i źródło satysfakcji. Być może przetarliśmy, jako jedni z pierwszych, drogę eksplozji innych podobnych przedsięwzięć. Na pewno dzięki blogowi poznaliśmy wielu wspaniałych, interesujących i zaangażowanych ludzi, od których mogliśmy nauczyć się więcej, niż moglibyśmy się spodziewać. W końcu daliśmy sobie szansę spojrzenia na nasze doświadczenia, utrwalenie wspomnień i śledzenie zmian, jakie zaszły w naszym postrzeganiu.

Dziś wiele osób pisze ciekawiej, kompetentniej i – ha – częściej niż my. Wciąż będzie co czytać. Sami postaramy się z blogosfery nie zniknąć i częściej pojawiać się w przestrzeni zaprzyjaźnionego multibloga Starwines. No i na pewno nie porzucamy wina, które wciąż pozostanie ważną częścią naszego życia. Za to łatwiej nam będzie powiedzieć: „nie mam nic do powiedzenia”.

Praeses dixit

Poruszeni ostrzeżeniem, że niedługo możemy mieć w Warszawie Budapeszt, postanowiliśmy się przygotować i, wraz z Lożą, popróbować win węgierskich. W końcu już wkrótce możemy być na nie skazani.
Na szczęście jest dobrze. Na pewno przeżyjemy pijąc wytrawne furminty: słodko-kwaśny, jabłkowy, przystępny i smaczny Tokaji Furmint 2009 Zoltána Demetera; egzotyczny, miodowy, elegancki i „przestrzenny” Tokaji Furmint 2005 Dobogó czy miękki, łagodny, truskawkowy Nagy-Somlói Furmint 2007 Károly’a Fehérváriego. Wątpliwości za to wywoła tegoż Fehérváriego Nagy-Somlói Juhfark 2007, cydrowy, utleniony, na pograniczu poprawności; cukierkowe, słodko-gorzkie, połamane Badacsonyi Pinot Noir 2008 Huby Szeremleya też rozczaruje; ale już ciekawostkowy Tokaji Kabar 2008 Château Dereszla z niedawno zarejestrowanej tokajskiej krzyżówki, trochę landrynkowy, a trochę mineralny, sprawi nieco przyjemności. Wszystko to będzie można spłukać Henye Tokaji Pezsgő 2008 z Királyudvar, pysznym, lekkim i zwiewnym, jabłkowo-grejpfrutowy musem, robionym metodą tradycyjną z furminta i hárslevelű, dosładzanym aszúeszencią i wziąć się za wina czerwone. Jak Észak-Dunántúli Syrah 2008 Józsefa Horvátha, bardzo środkowoeuropejskie, jasne, lekkie, nieco kościste, czy za poważne wina z Villany: Victoria Cuvée 2003 Wunderlicha, nazbyt już leciwe, ale wciąż cieszące cieniem bordoskich aromatów (bo już nie struktury); Kopár Cuvée 2009 Mayera, ułożone i soczyste, smaczne, zwłaszcza gdy odparuje się wiejskie klimaty w nosie; albo i świetne Royal Cuvée 2003 Bocka, gładkie, eleganckie, harmonijne, świetnie się pijące. Wspominanie win słodkich Loża uznała za zbyt banalne, stąd utwierdziliśmy się w estymie dla nich tylko jedną butelką: Tokaji Aszú 6 puttonyos 2006 Botta, świetnie zrównoważone, bogate, ze słonym akcentem. Wniosek więc taki, że w Budapeszcie nie będzie źle, przynajmniej o ile nie odetną nas od wina.
Dla kontrapunktu spróbowaliśmy dwóch win zupełnie nie węgierskich. Cycles Gladiator syrah central coast 2008 było właściwie nie do picia – syropowate, przesłodzone i gorzkie; nowoświatowe w tym pejoratywnym znaczeniu. Za to Les Pierres Chaudes pinot noir alsace 2009 Juliena Meyera należało do rzadkiego gatunku dobrych alzackich PN: dojrzałe, rasowe, z dobrym owocem i ciekawymi aromatami. Fajne.

Prior Pannonhalmi rajnai rizling 2009 to pierwszy rocznik topowego rieslinga Pannonhalmi Apátsági Pincészet. Późny, październikowy zbiór, staranna selekcja i powolna fermentacja mają dać wino złożone, do długiego starzenia. Faktycznie, zapowiada się obiecująco. Pachnie bogato, egzotycznie (w typie rieslingów palatynackich), w ustach gęste, oleiste, ale ze świetną kwasowością, żywe, „wibrujące”. Czyste, eleganckie, przyjemne, długie. Gdzieś w tle nutka nafty. Bardzo dobre, 60 zł.

Domaine de Belle Vue Granit muscadet 2010 (Jérôme Bretaudeau), choć nie sur lie, jest winem gęstym, pełnym, nieco tłustym, lecz jednocześnie pięknie kwasowym i wyrazistym. Z M-word będziemy tu ostrożni, choć zwłaszcza w finiszu czuć „kamienny” posmak. Nie jest zapewne najlepszy pity przez nas muscadet, jednak to wciąż dobre wino.

Hochheimer riesling trocken rheingau 2007 z renomowanego Domdechant Werner’sches Weingut to, mimo prostoty i dość umiarkowanej ceny, kawał wina. Klasyczny zapach niemieckiego rieslinga, z wyczuwalną nutką nafcianą. Zdecydowanie wytrawne, orzeźwiające, jednak jak na te odmianę masywne. Na minus trzeba odnotować nieco przeszkadzający alkohol, zauważalny nawet mimo schłodzenia. Dobre+, świetne do środkowoeuropejskiej kuchni.

Wyobraźmy sobie dobre, soczyste, owocowe czerwone porto, powiedzmy ruby premium. Odejmijmy alkohol i dostaniemy dokładnie Quinta Fafide Reserva douro 2006. Owocowa bomba, wsparta „słodkimi” garbnikami i przyzwoitym kwasem. Dobre+, smaczne, bardzo przystępne wino dla każdego.

Fiŝo sen vino estas veneno

W te wakacje stawiamy na wschodnią Polskę. Do tej pory zawsze zaniedbywaliśmy ten region, na wschód od Wisły najdalej wypuszczaliśmy się do podwarszawskich Marek, postanowiliśmy więc te braki nadrobić. Zaczęliśmy od Białegostoku, miasta, które z atrakcjami turystycznymi się nie kojarzy. Próbuje jednak usilnie to zmienić, i ma po temu wszelkie szanse. Musimy przyznać, że nie widzieliśmy jeszcze w Polsce miasta tej wielkości, które tak mocno przyłożyłoby się do podnoszenia walorów turystycznych. Wymyślono kilka czytelnych osi narracji: barokowe miasto Branickich, Zamenhof i Esperanto, Żydzi, dziewiętnastowieczny przemysł, wielokulturowość. Wytyczono szlaki, uzbrojone w wielojęzyczne tablice informacyjne. Zamieniono rynek w urokliwy deptak. W ratuszu umieszczono knajpę z lokalną kuchnią (ach, kartacze). Wprowadzono weekendowe bilety komunikacji miejskiej. Wyremontowano dziewiętnastowieczny dworzec, przywracając mu dawną świetność. Nawet rozkłady jazdy kolei są dwujęzyczne, polsko-esperanckie (jakim cudem przekonano PKP do takich ekstrawagancji?!). Wyjechaliśmy pod naprawdę dużym wrażeniem.
I choć z winem Podlasie niewiele ma wspólnego, region dumny jest z powstających w nim trunków. Doczekały się nawet obiektu w regionalnym Muzeum Wsi.

Negocjant twierdzi, że Terre du Lion saint-julien 2001 powstało z win posiadłości grand cru, które nie weszły w skład ich pierwszych (i pewnie drugich) win. Podwójnie dobrze się stało, bo i to nie jest wybitne wino, i jest okazja napić się dobrego+ saint-julien za – uwaga – 30 zł (w promocji). W tej cenie nie ma co narzekać, że wino proste, pozbawione subtelności najlepszych bordo, że niemal zupełnie bez finiszu. Wciąż dostajemy sporo smacznego owocu, niezłe garbniki, jakąś strukturę. Do domowego hamburgera jak znalazł.

Gróf Buttler egri pinot blanc 2008 to dziwne wino. W nieprzezroczystym kieliszku można by je wziąć za czerwone. Pachnie konfiturą jagodową, owocami czarnego bzu i głogu. Gęste, zawiesiste, bardzo mocne, ale i bardzo kwasowe, owoc gdzieś ucieka, finisz dymny, przypalony, jakby garbnikowy. Niedrogie, 32 zł, ale i tak nie wiemy, co o nim myśleć i czy chcielibyśmy do niego wracać.

To, że we Frankonii robią dobre wino, wiemy od dawna. Okazuje się, że robią tam również prawie dobrego+ dornfeldera, a to już sztuka. Ipsheimer Burgberg dornfelder franken 2008 z Weingut Schürmer okazał się być całkiem sympatycznym, lekko słodkim, owocowym, pozbawionym garbników winem o charakterystycznym aromacie spalonych tostów z dżemem wiśniowym. Jest tu jednak przyzwoita kwasowość równoważąca cukier resztkowy (chyba trochę go tu jest), przechodząca w przyjemny, cytrusowy finisz. Fajne, wakacyjne wino za 6€ w wiejskim sklepiku.

Mézes Mály tokaji zéta töppedt szőlőből 2007 Istvána Balassy to dla nas podwójna premiera. Pierwsze wino z tej odmiany, jednej z sześciu dopuszczonych w regionie, i pierwsze wino kategorii „töppedt szőlőből”, która – wg naszego googlowego śledztwa – oznacza wino z podsuszonych, ale niezbotrytyzowanych jagód, coś w stylu Beerenauslese (może ktoś zweryfikuje?). Pachnie chlebem z masłem, miodem i dżemem pomarańczowym, jest gęste, kremowe, słodkie, z kwasowością dużo niższą niż tokajska norma, ale wciąż zrównoważone i świeże. Bardzo dobre-. 68 zł za półbutelkę.

Archeo

Podczas gdy kamraci z Grupy Trzymającej Butelki flirtują z (u)tlenionymi blondynkami i chwalą się wakacyjnymi podbojami, my albo do wojaży się szykujemy, albo w nich jesteśmy. Stąd szybka, telegraficzna relacja z otwartych niedawno flaszek.

Jeden z nielicznych importerów morawskiego wina do Polski czyścił piwnice ze starych roczników, grzechem byłoby więc nie kupić paru butelek za pół ceny. Pierwsza to Cuvée Slunečný Vrch mikulov 2006 z Nové Vinařství (welschriesling i grüner veltliner). Otwieraliśmy nie bez obaw, bo ich wina raczej słabo się starzeją. Faktycznie, w nosie wyraźne utlenienie, zleżałe jabłka, ale i trochę miłego powiewu skoszonej łąki. Usta również nieco rozjechane, z nazbyt wyczuwalnym alkoholem, krzepkie, nieco cierpkie, ziołowe w posmaku. Prawie dobre+; tylko ku nauce, za 28 zł bywa lepiej.

Druga flaszka to Cuvée Natura znojmo 2004 Jiříego Horta (andré). Tej wiek w niczym nie zaszkodził. Pachnie fajnie, owocowo (wiśnie, maliny), w ustach raczej kościste, kwasowe, lekko cierpkie, z gruboziarnistymi garbnikami. Idealne do czeskiej, a więc i do naszej kuchni. Zupełnie dobre wino, 36 zł można było dać.

Trylogii butelek w wieku ponadśrednim dopełnia zweigelt niederösterreich 2005 stowarzyszenia biokult wein. Prezent od znajomego; zauważyliśmy rocznik i imponującą kolekcję banderol naklejonych na szyjkę. „Oho, cwaniak sprzedawca wcisnął nieświadomemu klientowi jakiś łapacz kurzu”, pomyśleliśmy. Wyszło dużo lepiej, niż się spodziewaliśmy. Nos wprawdzie „ekologiczny” (czytaj: zalatujący kurzym łajnem), ale pije się świetnie. Soczyste, owocowe, przyjemnie kwasowe, ładnie poukładane, z odrobinką goryczy w końcówce, po prostu dobre. Nie sądziliśmy, że niebeczkowy zweigelt może się po tych kilku latach tak dobrze trzymać.

Każda trylogia ma trzy części, ale podpasować do niej można i tę butelkę: Jackowiak-Rondeau brut champagne premier cru. Ponoć pokutowała długo na sklepowej półce, aż się nad nią nie ulitowano. Dobrze się stało, bo był już na nią najwyższy czas (a lepszy miała już za sobą). Cóż, piliśmy już lepsze szampany, choć i ten dobry. Nos lekko utleniony, piekarniano-cytrusowy. Pieni się ładnie, bąbelki żywe i wesołe. W ustach solidne, mocno wytrawne, nieprzywykłym kwas da się we znaki. Niemniej, to i tak najlepszy (prawie) polski szampan, czyż nie?

Je goûte les étoiles!

Podobno szampana można pić na śniadanie, na obiad i na kolację, z jedzeniem lub bez. Pogląd ten próbowaliśmy zweryfikować na lożowym spotkaniu poświęconym winom z bąbelkami – i chyba musimy się z tym zgodzić. Brut Grand Art champagne Collet to na przykład szampan śniadaniowy. Miękki, łagodny, pełny i krągły; dobrze wybudzi ze snu. Brut champagne premier cru Malard to z kolei wino na wieczór, niekoniecznie samotny. Wyraziste, kwasowe, owocowe, harmonijne i eleganckie. Popołudniu na ganku (czy raczej balkonie) może towarzyszyć brut cremant d’alsace Bernarda Haegelina: leciutkie, pieniste, wesołe; ewentualnie – jeśli już bardzo gorąco – cremant de bourgogne rosé Parigot & Richard: poziomkowa landrynka, ale niezły kwas, życie i energia. Jeśli przypadkiem wygramy rajd samochodowy, możemy otworzyć Haus Klosterberg sekt brut riesling mosel od Markusa Molitora. Na pewno spodoba się nam zapach spalin i palonej gumy. A dla szalonych ekologów świetnie się nada Astrolabe de Cant’Alauze państwa Laurent, totalnie odjechane, pachnące lasem i grzybami, warzywniakiem i piekarnią, choć trochę zbyt mało zadziorne.
Pomiędzy bąbelki zawieruszyło się kilka win spokojnych. Prosto z Cinque Terre dwie butelki słynnego Waltera de Battè. Potężne, mocne, nadekspresyjne Harmoge 2007, po biodynamicznemu mętne i lekko utlenione, oraz mroczne, konfiturowe, karmelowe Çericò 2007, efektowne, lecz pustawe i „rozjeżdżające się”. Marienburg 1. Lage riesling mosel 2009 klasyka Clemensa Buscha to świetny bezpretensjonalny riesling, zdominowany przez słodycz i owoc, jak na Mozelę miękkie, lecz wcale nie rozlazłe. A nebbiolo d’alba 2008 Serradenari okazało się korkowe; szkoda.

Czasem ryzyko się nie spłaca. Przynajmniej nie w pełni. René Geoffroy Cuvée Empreinte brut champagne premier cru (2002) zestarzało się jednak odrobinę za bardzo. Nos wyraźnie utleniony, orzechowy, natomiast smak kojarzący się przede wszystkim z kwasem chlebowym. Wprawdzie czuć było jeszcze znamiona klasowego wina – cytrusową soczystość i elegancką strukturę – nie na tyle, by się nimi prawdziwie nacieszyć. Niemniej planujemy do tych szampanów – jeśli dorwiemy młodsze – wrócić. 70 zł za półbutelkę,

A tu z kolei parę lat się winu przysłużyło. Schloss Gobelsburg Tradition grüner veltliner kamptal 2005 potwierdza przynależność do czołówki. Pachnie bogato, egzotycznie i pikantnie, z delikatnymi nutami utlenienia. Najfajniejsza jednak jest w nim struktura i faktura. Wino wypełnia usta, niemal się w nich rozpycha, głaszcząc aksamitnym, pieszczotliwym dotykiem (jak pretensjonalnie by to nie brzmiało). Ale prócz tego jest i kwasowość, i odrobinka odmianowej pieprzności, wino więc świetne i do stołu, i do fotela. Butelkę trzeba jednak wypić od razu, po kilku godzinach się sypie, wybija się gorycz i utlenienie. Niemniej – bardzo dobre+. Warto i za 90 zł, choć importerowi się właśnie skończyło.

Inna solidna firma, choć z zupełnie innej parafii: d’Arenberg The High Trellis cabernet sauvignon mclaren vale 2004. Aromaty przejrzałych owoców i miodu znamionują niemłody już wiek, podobnie jak grube, wytrącone, „posklejane” garbniki. Owocu jest jeszcze całkiem sporo, a podejrzanie wysoka kwasowość tnie w język. Do jedzenie doskonałe, samo już się nie broni. Producent daje tym winom minimum dziesięć lat, my byśmy tyle nie trzymali. Z drugiej strony – efekt starego wina po pięciu, a nie piętnastu latach od zakupu. Trudno oceniać, było przynajmniej dobre, a 60 zł nie szkoda.

Na pikniku każde wino smakuje, a pewnie im tańsze, tym bardziej. My zabraliśmy na trawkę kosztujące 19 zł cabernet d’anjou 2010 La Cave Augustin Florent, czyli zdaje się nowej marki własnej Carrefoura. Fajne, tylko trochę landrynkowe, za to przyjemnie owocowe, świeże, kwasowe, odrobinkę słodkie, a nawet z pewną strukturą, dzięki czemu da się nim popić dowolny piknikowy smakołyk. Prawie dobre+.

Starość i radość

Niemiecki wieczór w Bziku zaczął się niemal jak u Hitchcocka – niemal, bo po trzęsieniu ziemi podobny poziom emocji udało się przywrócić dopiero w finale. Choć i tak było nienajgorzej. Wejście smoka zaliczył nie kto inny jak Egon Müller i jego Scharzhofberger riesling kabinett mosel-saar-ruwer 1990. Lekki, elegancki, delikatny. Nos „rieslingowy”, zintegrowany, prawie niemożliwy do rozłożenia na czynniki pierwsze. Cukier i kwas stopione ze sobą i wtopione w wino, tak że zdaje się, iż ich tam nie ma. Cholernie warto te wina starzyć, choćby i kabinetty. Kendermanns pinot grigio (sic!) pfalz 2009 takie jakieś – dość korpulentne, łagodne, nieco gorzkie w końcówce. Wino jakich tysiące. Riesling classic ahr 2006 Dagernowy również nie powalił – nos rieslinga (w tym sporo siarki), ale usta gęste, mdłe, z posmakiem dębiny (?). Jak dla nas – wino zbędne. Honoru niemieckich czerwonych win broniły dwie butelki. Spätburgunder pfalz 2008 von Buhla sprawił się średnio. Owoc robił wrażenie nie do końca dojrzałego, dominowało poczucie słodyczy (chyba z beczki, bo cukru resztkowego mniej niż zero), kontrastujące z chudością, by nie powiedzieć cienkością wina. Pamiętamy to wino z któregoś z wcześniejszych roczników znacznie lepiej. Za to pomstę powziął Centgrafenberg frühburgunder franken 2004 Rudolfa Fürsta. Pachnące malinami, z żywą cytrusową nutą, eleganckie, soczyste, dojrzałe, poukładane, gładkie wino. Bardzo, bardzo smaczne.
Trochę poza tematem było wino z południowotyrolskiej posiadłości Reinholda Messnera (tak, tego Messnera): Juval Gneis (2008), stołowe wino z PN, zweigelta, st. laurenta i szwajcarskich wynalazków gamareta i garanoir. Ośmiotysięcznik to nie jest, takie solidne Bieszczady. Lakierowo-wiśniowe, przyjemnie owocowe, z zaznaczonymi taninami i świeżą kwasowością, ale niestety zdominowane przez nazbyt wyraźny alkohol. No i na koniec niezwykła przygoda z Château Musar bekaa 1993. Korek przemoczony, zbutwiały, ale z wina coś ocalało. Oznaki przyśpieszonej ewolucji wyraźne – aceton, apteka, zanik garbników. Ale uchował się dojrzały, smaczny owoc, wyraźny kwas, gładkość i, ekhem, potoczystość. Ciekawe doświadczenie.

Na naszego Niemca nie-rieslinga wybraliśmy elbling sachsen 2008 z Schloss Proschwitz. Odmiana na wymarciu, a potrafi pokazać się z dobrej strony. Nos wycofany, gruszkowy, lekko siarkowy (zniknie następnego dnia). W ustach lekkie, acz nie chude. Sporo owocu, wyraźna kwasowość, soczysty, cytrusowy finisz. Dobre+, choć jak wszystkie saksońskie nietanie: 13 €.

Château Chêne de Gombeau canon-fronsac 2008 za 34 zł to dość typowy, dobry bordos ze średniej półki. Fajnie pachnie: porzeczka, wiśnie, powidła śliwkowe, jakaś nuta balsamiczna. Tęgie, ale nie opasłe: kwas trzyma je mocno w pionie. Owoc dobry, dojrzały, przy tym alkohol w ryzach: 13%. Garbniki mocarne, dość szorstkie; przyda się napowietrzenie, kawał mięsa lub cierpliwość.

Lotny finisz

Kiedy długo się nad czymś ważnym i czasochłonnym pracuje, żyje się nadzieją, że w końcu, gdy się to ukończy, odetchnie się z ulgą, zyska trochę wolnego czasu, odpocznie. Jak się okazuje, jest zupełnie inaczej: z zakamarków wychodzą sprawy odłożone na później, zaniedbane, zapomniane – bo tamto było ważniejsze. Teraz, kiedy nie ma pretekstu, by się z nich wymigać, okazuje się, że czasu wcale nie przybyło. Pozostaje dyplom oprawić, powiesić na ścianie, zacisnąć zęby i czekać na wakacje. Choć będą to wakacje, które wiele zmienią…

Ostatnia płasko-pękata butelka w naszej szufladzie. Jak zawsze będziemy za Frankonią tęsknić, bo Rödelseer Küchenmeister silvaner kabinett trocken franken 2008 z Juliusspital to naprawdę dobre+ wino. Nos nieco stłumiony, z nutami owoców czarnego bzu i dojrzałych brzoskwiń. W ustach gęste, pełne, wyraźnie słone, ale bez ujmy dla świeżości i owocu. Długi, kwasowy, soczysty finisz. Nie da się przestać, 10 € dobrze wydane.

Klasyk znad Dunaju, czyli Wiener gemischter satz wien 2010 Wieningera. Pachnie mocno, kwiatowo, z nutą muszkatu i całymi tonami białego pieprzu. Pieprzu też jest mnóstwo w ustach, co w połączeniu z limonkową kwasowością i pewną niedojrzałością owocu daje wino wyjątkowo wyraziste. Wyobraźnia podpowiada nam, że to idealne wino do sznycla. Niestety, żadnego pod ręką nie mieliśmy, więc trochę się chyba zmarnowało. Powiedzmy, dobre-, no i chyba troszkę – przy 41 zł – za drogie.

Zbliżamy się końca sabaudzkiej półki w Polsce: vin de savoie abymes 2009 Philippe’a Raviera. Wino bez historii, generic white, można by powiedzieć. Lekkie, cytrusowe, kwasowe, z lekko gorzkim finiszem. Prawie dobre: smaczne, ale nic więcej. 24 zł. Apremont tego samego producenta zapamiętaliśmy o wiele lepiej.

Koszmarne uczucie – wiedzieć, że nie powinno się czegoś robić, zrobić to, a potem żałować. W dwójnasób. Nie powinniśmy byli otwierać Vom Blauen Schieffer riesling mosel 2009 Heymann-Löwenstein, a otworzyliśmy i wypiliśmy z poczuciem straty. Owszem, da się pić, jest owoc, jest mineralność, ale powinno się poczekać, aż zniknie siarka, wtopi alkohol, wino ułoży i okiełzna. Teraz smakuje, jak by rozlane było zaledwie wczoraj (ciekawe, jak rzeczywiście smakowało dzień po zabutelkowaniu). Nie umiemy ocenić, dość że 78 zł zasługiwało na lepszy los.

sanguis Jovis

Kwietniowe spotkanie Grupy Trzymającej Butelki było wyjątkowe w swej kameralności. Sześć butelek, pięć kieliszków, dużo czasu. Zaczęło się od dwóch vino nobile di montepulciano, Quercione Lunadoro 2004 i Avignonesi 2006. Wciąż nie rozumiemy sangiovese. Jest owoc, jest struktura, ale są i garbniki, szorstkie, ostre, ziarniste. Nie umiemy pić tych win, choć to drugie bardziej przykuwa uwagę, jak byśmy już musieli wskazywać. Chablis premier cru côte de léchet 2006 z La Chablisienne rozczarowujące: ospałe, utlenione, bez kręgosłupa. Nawet smaczne, ale w chablis szukamy czegoś więcej. Albe barolo 2006 G.D. Vajry zmysłowe, hedonistyczne niemal: eksponujące czysty owoc, z wyraźną garbnikowa strukturą, lecz przy tym bardzo soczyste i gładkie. Ponoć wzór barolowej moderny, ale filozoficznego sporu nie podejmiemy; zbyt dobre. No i na koniec, jak to bywa tylko w Bziku, coś z zupełnie innej bajki: Brunello di montalcino 1993 od Lisinich. Nos zwiastuje powolny zjazd ze szczytu dojrzałości: suszone śliwki, miód gryczany; wiele więcej się nie dzieje. W ustach jednak elegancki, wciąż świeży owoc, świetna kwasowość i – w końcu – łagodne, ułożone garbniki, trzymające wino w ryzach, ale nic a nic za ostre. 3xTak.

Ciekawa historia, ciekawe wino. Gróf Buttler Nagy-Eged egri kadarka 2008 to dzieło László Bukolyiego, pioniera akcji przywracania światu wina najlepszej niegdyś winnicy Egeru, Nagy-Eged właśnie. Zdecydowanie warto, nawet jeśli nie jest się przekonanym do płacenia 60 zł za butelkę kadarki. Bo jest naprawdę bardzo dobrze-. Nie wszystkim podobał się nos, z nutką geranium czy może terpentyny (nam to nawet grało), ale usta zachwyciły wszystkich. Delikatne, subtelne, z soczystym owocem, łagodnymi garbnikami, miękką, choć wyraźną kwasowością. Tej subtelności nie można jednak mylić ze słabością czy brakiem charakteru. Duża klasa i czysta przyjemność.

Dostępność win z Sabaudii w Polsce jest tak śladowa, że z drugą naszą butelką docieramy chyba do połowy krajowych zasobów. A szkoda strasznie. Mondeuse vieilles vignes vin de savoie arbin 2009 od Adriena Vachera jest bardzo blisko naszego ideału czerwonego wina do picia bez okazji: lekkie, kwasowe, niezbyt garbnikowe, lekko pikantne, a przy tym z dobrym, dojrzałym owocem. Ładnie pachnie porzeczkami i czarnymi jagodami. Pije się świetnie; brakuje w naszej skali noty zajebiste, więc dajemy dobre+. No i cena daje radę: 35 zł.

Domaine Châtaignier Durand Vieilles Vignes julienas 2009 to chyba najpoważniejsze bożole, jakie dotąd piliśmy. To nie jest wesołe winko na imprezę; tu jest ciężar właściwy, kremowa faktura, nasycony, mocarny owoc, garbnikowo-kwasowy szkielet. Jest też przestrzeń, pewien chłód, by nie użyć słowa na M. Aromaty kręcą się wokół wiśni i cassis, pojawiają się też nuty przyprawowe, korzenne. 42 zł – piliśmy droższe i słabsze. Bardzo dobre bez dwóch zdań; okazuje się, że nie tylko nam się podoba: w Hachette dali rocznikowi 2007 trzy gwiazdki i serduszko dla producenta (czyli najwyższą możliwą ocenę).

Motyla noga!

Jako rzekomo znających się na winie często proszono nas o radę: „a jakie dobre wino byście polecili”. Pełni najszczerszych chęci polecaliśmy. Komunikatem zwrotnym było w najlepszym razie staranne przemilczenie tematu, a zwykle skarga „ale to kwaśne/gorzkie/niedobre”. Cierpiąc na syndrom średniozaawansowanego trudno nam było przyjąć do wiadomości, że Sofia i Carlo Rossi sprzedają się tak dobrze, bo tzw. ludziom po prostu smakują. Wybrnęliśmy z sytuacji po strusiemu: staramy się nie polecać niczego (prawie) nikomu. Jakąś terapią jest też ten blog; tu z naszych rekomendacji korzysta się na własną odpowiedzialność i nie można nam spojrzeć z wyrzutem w oczy.

Markowy sotern za bardzo przyzwoite 52 zł, w dodatku bez ryzyka kontaktu z agentami CBA? A jakże! Nie są to może wyżyny osiągane przez apelację, ale Le Dauphin de Guiraud sauternes 2004 to i tak dobre wino. Mocno owocowe (dżem brzoskwiniowy, przejrzałe gruszki), nieco ziołowo-apteczne, z nutami szlachetnej pleśni. Niezbyt ciężkie, może nawet ciut wodniste, ale ładnie rozpięte na kwasowości i beczkowych garbnikach. Ziołowa goryczka wraca w finiszu.

Do dwóch terrorystycznych furmintów Istvána Balassy dokładamy trzeciego, tym razem Király tokaji furmint 2005. Winnica słynna, a i wino daje radę. Pachnie wprawdzie słabo, głównie kredą, ale w ustach daje koncert. Masywna struktura, dojrzały, słodki owoc, wyraźna, frapująca słoność. Piękne, chce się wyżymać butelkę. Bardzo dobre, 78 zł nie szkoda.

Litrowa butelka w sam raz na świąteczny obiad dla całej rodziny: grüner veltliner österreich 2010 z Salomon Undhof. Świeże, ładnie pachnące, lekko off-dry, czyste, gęste, kremowe, bardzo smaczne. Smakowało i nam, i szwagrowi, i babci: typowe wino familijne. Dobre, choć chyba mogłoby być tańsze niż 31 zł.

André to odmiana, którą obóz pokoju i postępu chciał przeciwstawić nazistowskiemu zweigeltowi – obie są krzyżówką Blaufränkisch x St. Laurent. Jednak nawet w swej ojczyźnie nie zdobyła szczególnej popularności, osiągając jedynie 1,8% powierzchni upraw. Nie znaczy to, że nie można z niej zrobić dobrego+ wina, na przykład Bořetice Kraví hora andré pozdní sběr velké pavlovice 2008 z vinařství Jedlička & Novák, całkiem zresztą dla odmiany typowego. W nosie jagody, jeżyny i charakterystyczna nuta ziela angielskiego; usta raczej chude, z wyrazistym garbnikiem i mocną kwasowością. Nie brzmi może przekonująco, ale warto podkreślić czystość i świeżość owocu oraz ogólną charakterność wina. Mitteleuropa w natarciu. 360 Kč w centrum Pragi, czyli przepłacone (u producenta 210).

Co robić?

Zapewne różne są drogi do zostania nerdem, ale na pewno najłatwiejszą jest mieć nerdów za rodziców. Tak dziedzicznie obciążone dziecko nie zanosi do przedszkola „Misia Tymoteusza” czy choćby „Spidermana”, tylko „Style w architekturze”, „Polskie stroje ludowe”, albo przynajmniej „Atlas ptaków Europy”. I potem trzeba tłumaczyć psycholożce, dlaczego czteroletnie dziecko nie widzi domku do zabawy, a „przekrój poprzeczny budynku”.
Ostatnio Licho oznajmiło, że chce pójść do muzeum rewolucji. Spłoszyliśmy się: „Ale skąd my ci weźmiemy muzeum rewolucji? Od dawna już takiego nie ma. A co ty chcesz właściwie obejrzeć?” „Szkielety dinozaurów!”. Ulżyło, muzeum ewolucji na szczęście się uchowało. Choć ciekawe, czy na długo?
Choć przecież trendy się odwracają. Wśród różnych pomysłów na karierę, Licho chce również zostać grzybiarzem. Może więc kiedyś być i tak jak tutaj.

Na szampanie znamy się średnio (w końcu smakował nam odgazowany demi-sec Jackowiaka), ale wypiliśmy już go tyle, by zorientować się że Carte d’Or Tradition brut champagne grand cru Herbert Beaufort to znakomite wino. Śliczne, żywe, drobne bąbelki. Bardzo czysty, wyrazisty, kwiatowo-cytrusowy nos, bez nut „piekarniczych”. W ustach dość potężne (ponad 95% pinot noir), mocno kwasowe, świetne do jedzenia, ale bardzo eleganckie, precyzyjne, „koronkowe”. W tle subtelna słodycz. Długi, soczysty, cytrusowy finisz. Aż chce się wyciągnąć wniosek, że warto pić szampany małych, rodzinnych producentów – familia Beaufort robi wina tylko z własnej, 16,5 ha winnicy. Zwłaszcza, że cena nienajgorsza: 160 zł.

Jak wiadomo, kochamy wina z Moraw, a że Weinviertel to prawie Mikulovsko, to i te darzymy szczególną sympatią. Choć akurat Schneiderberg grüner veltliner niederösterreich 2009 z Weingut Weinrieder musi się podobać i bez taryfy ulgowej. Przyjemny, słodki, morelowo-trawiasty, lekko pieprzny aromat, dokładnie harmonizujący ze smakiem. Bo w ustach również dużo owocu, ale i pikanterii, sporo ciała wspartego kwasowością, cierpki, odświeżający finisz. Pyszne, bardzo dobre wino w zachodniej cenie: 37 zł. Nie tylko nam się podoba (ale doczytaliśmy to już po wypiciu, słowo): 92 w Spectatorze i Falstaffie, 95 w Enthusiascie.

Pita po roku barbera d’asti 2007 Franco Mondo robi znacznie lepsze wrażenie. Pięknie się poukładała, słodycz gdzieś zniknęła, pozostaje wrażenie doskonałej integracji kwasu, garbników i owocu. W bukiecie jakby trochę więcej się działo, to już nie banalna bombonierka, są tu jakieś nuty balsamiczne, przyprawowe. Energiczne, rzutkie, bardzo smaczne wino. Przynajmniej dobre+. Coś się zmieniło – albo samo wino, albo my. A na pewno cena: już 35 zł.

Tokaji fordítás 2007 z winiarni Gizella należy do raczej zapomnianej kategorii win tokajskich. Fordításy nie pojawiają się na corocznej degustacji Tokaj Renessaince, nie widać też ich na sklepowych półkach, nawet u importerów w Węgrzech się specjalizujących. Chyba trochę szkoda, bo próbowane wino zupełnie dobre+. Aromaty miodowo-pigwowe, z pikantnym akcentem. Usta kwasowe, ale raczej lekkie, delikatne, przez co ponadstugramowa słodycz sprawia wrażenie niewtopionej. Dość szorstka, chropowata faktura i dymny posmak, zwłaszcza w końcówce. 71 zł, przyzwoicie, ale nie nazwalibyśmy tego okazją.